Sprawa odszkodowań dla Polaków represjonowanych przez III Rzeszę wraca z wyjątkowo gorzkim finałem. Berlin od początku roku miał szukać pieniędzy na wypłaty dla żyjących jeszcze ofiar II wojny światowej, ale bez rezultatu. Według opisywanych ustaleń główną przeszkodą jest niemiecki budżet i brak zgody na nowe długi.
Donald Tusk już wcześniej publicznie ponaglał Niemcy, apelując o szybki gest wobec ofiar. Friedrich Merz miał być tym zaskoczony, a jego otoczenie miało obiecywać szybkie uporanie się ze sprawą. Dziś najmocniej brzmi jednak fakt, że czas ucieka, a w ciągu roku zmarło kolejne 10 tys. z 50 tys. represjonowanych osób.
Berlin szukał pieniędzy i ich nie znalazł
Niemcy nie dadzą odszkodowań Polakom represjonowanym przez III Rzeszę. Według opisanych ustaleń Berlin od początku roku nie znalazł pieniędzy na wypłaty dla żyjących jeszcze ofiar II wojny światowej.
Sprawa dotyczy osób, które były represjonowane podczas wojny i wciąż czekają na finansowy gest ze strony Niemiec. Wskazano, że w ciągu roku zmarło kolejne 10 tys. z 50 tys. takich osób, co nadaje całemu sporowi dramatyczny wymiar czasu.
Największym hamulcowym ma być minister finansów RFN Lars Klingbeil z SPD. W Berlinie tłumaczą, że sytuacja budżetowa jest trudna, potrzebne są cięcia, a na zaciąganie nowych długów nie ma społecznego przyzwolenia.
Kilkaset milionów euro nie zebrało się w ministerstwach
Kolejne spotkania zespołów poszczególnych ministerstw nie przyniosły efektów. Miały one wspólnie zebrać ze swoich budżetów kwotę kilkuset milionów euro, ale ten plan nie zakończył się powodzeniem.
Przypomniano także propozycję poprzedniego kanclerza Olafa Scholza z 2024 roku. Chodziło o jednorazową kwotę w wysokości około 200 mln euro, na którą polski rząd się nie zgodził.
To pokazuje, jak duży jest rozdźwięk między wagą historyczną sprawy a konkretną decyzją finansową. Z perspektywy rodzin ofiar i osób represjonowanych najważniejsze nie są dyplomatyczne formuły, lecz to, czy jakiekolwiek pieniądze realnie trafią do żyjących jeszcze poszkodowanych.
Tusk naciskał na szybki gest wobec ofiar
Donald Tusk poruszył sprawę podczas wizyty w Berlinie w grudniu 2025 roku. Na wspólnej konferencji z Friedrichem Merzem zaapelował do Niemiec, by pospieszyły się, jeśli naprawdę chcą wykonać taki gest.
Według rozmówców z polskiej i niemieckiej dyplomacji Merz miał być zszokowany tymi informacjami. Jego doradcy mieli obiecywać, że szybko uporają się ze sprawą, którą traktowali jako wstydliwą.
Premier zapowiedział wtedy również możliwy ruch po stronie Warszawy. Stwierdził, że jeśli Polska nie uzyska szybkiej i jednoznacznej deklaracji, będzie rozważał decyzję, aby to polski rząd wypełnił tę potrzebę z własnych środków.
Niemcy trzymają się starego stanowiska w sprawie reparacji
Strona niemiecka od dawna utrzymuje, że kwestia reparacji dla Polski jest prawnie zamknięta. To stanowisko wraca przy każdej większej dyskusji o odpowiedzialności Niemiec za straty poniesione przez Polskę w czasie II wojny światowej.
W raporcie z 2022 roku o stratach poniesionych przez Polskę w wyniku agresji i okupacji niemieckiej w latach 1939-1945 łączną wartość strat oszacowano na ponad 6 bilionów złotych. Ta liczba pokazuje skalę historycznego rachunku, który wciąż wraca do debaty publicznej.
Obecna sprawa dotyczy jednak nie całej debaty reparacyjnej, lecz wypłat dla żyjących jeszcze represjonowanych. Właśnie dlatego odmowa lub brak pieniędzy brzmi tak mocno: chodzi o ludzi, których z każdym rokiem jest mniej.
Jeśli Niemcy nie zapłacą, temat może uderzyć w polski budżet
Zapowiedź Tuska z Berlina oznacza, że ciężar sprawy może wrócić do Warszawy. Premier mówił, że w razie braku niemieckiej deklaracji będzie rozważał wypłatę z polskich środków.
Taki scenariusz byłby politycznie trudny. Z jednej strony dawałby wsparcie żyjącym jeszcze ofiarom, z drugiej mógłby zostać odebrany jako sytuacja, w której Polska bierze na siebie ciężar, którego oczekiwano od Niemiec.
Najbardziej przejmujące pozostaje jednak tempo odchodzenia represjonowanych. Jeśli decyzje będą dalej odkładane, spór o pieniądze może skończyć się tym, że kolejni uprawnieni nie doczekają żadnego gestu ani z Berlina, ani z Warszawy.









