Macie już dość tego uczucia ciężkości, które dopada nas co roku w połowie lutego? Wszyscy kochamy tradycję, ale spójrzmy prawdzie w oczy – po trzecim pączku z różą nasz żołądek często błaga o litość. A gdybym powiedziała wam, że istnieje alternatywa, która jest chrupiąca, pyszna i praktycznie nie chłonie oleju? Brzmi jak marzenie ściętej głowy, prawda? Otóż nie! Poznajcie tajski hit uliczny, który w tym roku może zdetronizować nasze ociekające lukrem kulki. Szykujcie miski i fartuchy, bo zaraz wchodzimy do kuchni, by zrobić pa thong ko.
Czym właściwie są te tajemnicze tajskie pączki?
Jeśli kiedykolwiek spacerowaliście ulicami Bangkoku o poranku, na pewno widzieliście te małe cuda. Pa thong ko to absolutny klasyk tajskiego street foodu. Nie wyglądają jednak jak nasze pączki. Zapomnijcie o idealnych kulach nadziewanych marmoladą. Te azjatyckie smakołyki przypominają literę X, skrzyżowane pałeczki albo – jak niektórzy romantycznie twierdzą – skrzydła motyla.
To nie jest kolejny wynalazek Instagrama. To tradycyjna przekąska inspirowana chińskimi youtiao, która na stałe wpisała się w krajobraz Tajlandii. Tajowie jedzą je głównie na śniadanie. Tak, dobrze czytacie! Zamiast owsianki wjeżdżają smażone paski ciasta maczane w mleku skondensowanym. IMO to brzmi jak plan na idealny poranek.
Co czyni je tak wyjątkowymi? Tekstura. Z zewnątrz są niesamowicie chrupiące i złociste, a w środku puszyste i pełne powietrza. Najlepsze jest jednak to, że dzięki specyficznej recepturze i technice smażenia, nie są one gąbką na tłuszcz. Możecie zjeść kilka sztuk i wciąż czuć się lekko. To brzmi jak idealne rozwiązanie na Tłusty Czwartek dla tych, którzy dbają o linię, ale nie chcą rezygnować z przyjemności.
Polski Pączek vs. Tajski Pa Thong Ko – starcie tytanów
Kocham nasze polskie pączki. Naprawdę. Ten zapach drożdży i skórki pomarańczowej to definicja lutego. Ale bądźmy szczerzy – to jest bomba kaloryczna o wadze cegły. Nasz rodzimy pączek to ciężkie ciasto drożdżowe, często z dużą ilością żółtek i masła, które podczas smażenia potrafi wypić sporo smalcu lub oleju. Do tego dochodzi lukier, który klei się do wszystkiego.
Jak na tym tle wypada tajski kuzyn?
- Lżejsze ciasto: Tajskie pączki nie zawierają jajek ani mleka (w wersji podstawowej). Są wegańskie i znacznie lżejsze.
- Brak nadzienia: To może szokować tradycjonalistów, ale pa thong ko są puste w środku. Cały smak pochodzi z dodatków, w których je maczamy.
- Kształt: Dzięki formie litery X, ciasto ma większą powierzchnię styku z olejem, co sprawia, że smaży się błyskawicznie i jest super chrupiące.
- Czas przygotowania: Polskie pączki wymagają czasu, wyrabiania i długiego wyrastania. Tajskie? Są gotowe w kilkanaście minut po wyrośnięciu ciasta.
Dla mnie wybór jest prosty – jeśli chcę celebrować tradycję, zjadam jednego pączka z różą. Ale jeśli chcę się najeść pysznościami bez uczucia „kamienia w brzuchu”, wybieram wersję tajską.
Dlaczego one w ogóle nie piją tłuszczu? Wyjaśniam fenomen
Zastanawiacie się pewnie, gdzie tkwi haczyk. Smażenie w głębokim tłuszczu zawsze kojarzy się z… no cóż, tłuszczem. Tutaj jednak wkracza chemia, i to w bardzo przystępnym wydaniu.
Sekretem jest soda oczyszczona oraz cieniutkie wałkowanie ciasta. Soda w połączeniu z wodą i cukrem zaczyna pracować. Podczas wrzucenia na gorący olej (a ten musi mieć 175-180°C), ciasto dostaje termicznego szoku. Pęcherzyki dwutlenku węgla rozpychają je od środka w ekspresowym tempie.
Wysoka temperatura natychmiast zamyka pory na powierzchni ciasta, tworząc szczelną, chrupiącą skorupkę. Tłuszcz po prostu nie ma którędy wejść do środka! :) To genialne w swojej prostocie. Dzięki temu środek pozostaje suchy i puszysty. Polskie pączki, smażone dłużej i w niższej temperaturze (żeby doszły w środku), mają znacznie więcej czasu na „wypicie” oleju.
Przepis na domowe Pa Thong Ko – zróbmy to!
Skoro już narobiłam wam smaku, czas wziąć się do roboty. Nie bójcie się, ten przepis jest prostszy niż myślicie. Nie potrzebujecie specjalistycznego sprzętu ani trudno dostępnych składników. Wszystko macie pewnie w szafce kuchennej.
Lista zakupów (na sporą porcję, ok. 20-25 sztuk)
- 500 g mąki pszennej (najlepiej tortowej, typ 450 – chcemy lekkości!)
- 250 ml ciepłej wody (możecie użyć mleka, jeśli chcecie wersję bardziej „bogatą”, ale woda to klasyk)
- 7 g drożdży instant (jedna torebka lub łyżeczka)
- 1 łyżeczka sody oczyszczonej (nie pomijajcie tego, to klucz do sukcesu!)
- 1 łyżeczka cukru
- ½ łyżeczki soli
- 1 łyżka oleju roślinnego do ciasta
- Olej do smażenia (około 1 litr, rzepakowy będzie super)
Krok 1: Przygotowanie „zaczynu” i ciasta
Zaczynamy od aktywacji drożdży. Nawet jeśli używam instant, lubię je najpierw „obudzić”. Wsypuję drożdże do ciepłej wody z cukrem i odstawiam na 5 minut, aż pojawi się pianka. To znak, że drożdże żyją i mają się dobrze.
W dużej misce mieszam mąkę, sodę oczyszczoną i sól. Pamiętajcie o przesianiu mąki – to wtłacza w nią powietrze i sprawia, że ciasto będzie delikatniejsze. Do suchych składników wlewam moją drożdżową miksturę i dodaję łyżkę oleju.
Krok 2: Wyrabianie i cierpliwość
Teraz czas na mały trening rąk. Wyrabiam ciasto przez 5–10 minut. Ma być gładkie, elastyczne i miękkie. Jeśli macie mikser planetarny z hakiem – śmiało go użyjcie, nikt was nie oceni. Ja lubię czuć ciasto pod palcami.
Gdy kula jest gotowa, przykrywam miskę folią spożywczą lub wilgotną ściereczką. Odstawiam w ciepłe miejsce. I teraz uwaga: ciasto musi wyrastać od 2 do 4 godzin. Wiem, długo. Ale w tym czasie soda i drożdże robią swoje czary. Ciasto musi podwoić objętość. FYI: Możecie też przygotować ciasto wieczorem i wstawić na noc do lodówki – rano będzie idealne!
Krok 3: Formowanie motylków
Wyrośnięte ciasto przekładam na blat. Nie zagniatam go ponownie! Wałkuję je delikatnie na prostokąt o grubości około 0,5–1 cm. Cieńsze ciasto = bardziej chrupiący pączek.
Kroję ciasto na paski o wymiarach mniej więcej 2 na 7 cm. Teraz magia formowania:
- Biorę jeden pasek.
- Moczę patyczek do szaszłyków (lub po prostu palec) w wodzie i robię mokrą linię przez środek paska.
- Nakładam na niego drugi pasek.
- Dociskam mocno środek patyczkiem lub tępą stroną noża, żeby paski się skleiły.
Chwytam za końce i lekko rozciągam. Voila! Mamy kształt litery X. Odstawiam je jeszcze na 15–30 minut, żeby „odpoczęły” przed smażeniem.
Krok 4: Wielkie smażenie
Rozgrzewam olej w woku lub głębokim garnku. Temperatura to podstawa – celujcie w 175°C. Jeśli nie macie termometru, wrzućcie kawałek chleba. Jeśli skwierczy i rumieni się w 30 sekund – jest okej.
Wrzucam pączki partiami (nie za dużo na raz, bo temperatura oleju spadnie!). Zobaczycie, jak błyskawicznie rosną i pęcznieją. Smażę je krótko, około 2–3 minuty, obracając pałeczkami, aż będą pięknie złote z każdej strony. Wyciągam na ręcznik papierowy, chociaż – jak wspomniałam – tłuszczu na nich prawie nie ma.
Z czym to podawać? Opcje, które zwolą was z nóg
Tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa. Tajskie pączki mają neutralny smak – są lekko słone, dzięki czemu pasują absolutnie do wszystkiego.
- Klasyk uliczny: Mleko skondensowane słodzone. Po prostu wylewasz mleko do miseczki i maczasz. Proste, słodkie, genialne.
- Wersja „na bogato”: Sangkhaya, czyli tajski custard kokosowy. Często barwiony na zielono liśćmi pandanu. Jeśli macie dostęp do pasty pandanowej, zróbcie to koniecznie!
- Wersja polska fusion: Cukier puder i cynamon. Obtoczcie gorące pączki w tej mieszance, a otrzymacie smak zbliżony do churros.
- Szokująca wersja wytrawna: W Tajlandii te pączki często wrzuca się do… zupy ryżowej (congee) zamiast grzanek. Wchłaniają bulion i smakują wybornie. Odważysz się spróbować?
Czy warto zamienić tradycję na egzotykę?
Jako osoba, która w kuchni ceni sobie eksperymenty, mówię: zdecydowanie tak! Nie namawiam was do całkowitego porzucenia pączków z różą – to świętość. Ale pa thong ko to świetna odmiana. Są szybkie (jeśli nie liczyć wyrastania), tanie i robią niesamowite wrażenie na gościach swoim nietypowym kształtem.
Najbardziej urzeka mnie w nich ta chrupkość. Kiedy ugryziesz świeżego tajskiego pączka, słyszysz ten satysfakcjonujący dźwięk pękającego ciasta. A potem czujesz miękki środek. Bez uczucia, że właśnie wypiłaś szklankę oleju.
Więc w ten Tłusty Czwartek zróbcie niespodziankę rodzinie. Postawcie na stole talerz tradycyjnych pączków obok miski z tajskimi „iksami” i mlekiem skondensowanym. Gwarantuję wam, że te drugie znikną szybciej, niż zdążycie powiedzieć „pa thong ko”. Smacznego i niech moc (sody oczyszczonej) będzie z wami! :/ Dajcie znać w komentarzach, czy odważyliście się na tę egzotyczną przygodę!









