Bruksela kontrolowała polski internet tuż przed wyborami?! Szokujący raport z USA ujawnia prawdę, o której nikt nie mówił!

To, co właśnie wyszło na jaw, może wywrócić do góry nogami wszystko, co wiedzieliśmy o wolności słowa w Polsce i Europie. Amerykański Kongres dotarł do tajnych dokumentów największych platform internetowych — i odkrył coś, co mrozi krew w żyłach.

Okazuje się, że Komisja Europejska od lat naciskała na gigantów technologicznych, by ci cenzurowali treści w polskim internecie — szczególnie w kluczowym momencie przed wyborami! Polacy nawet nie wiedzieli, że ktoś za oceanem decydował, co mogą zobaczyć w sieci. Koniecznie przeczytaj, jak wyglądał ten proceder krok po kroku — bo to dotyczy każdego z nas.

Dokument, który wstrząsnął Waszyngtonem — co Amerykanie odkryli za zamkniętymi drzwiami?

Przez wiele miesięcy w Stanach Zjednoczonych toczyło się śledztwo, o którym w Polsce nie wiedział praktycznie nikt. Amerykańska Komisja Sądownictwa Izby Reprezentantów pod kierownictwem Jima Jordana mozolnie przeczesywała wewnętrzne dokumenty największych firm technologicznych świata. Kiedy wreszcie światło dzienne ujrzał raport zatytułowany „Zagrożenie zagraniczną cenzurą”, polityczny Waszyngton dosłownie stanął na uszach.

Dokument liczy dziesiątki stron i bazuje na tysiącach wewnętrznych notatek, korespondencji oraz zapisków, do których kongresmeni uzyskali dostęp w ramach dochodzenia. Skala ujawnionych mechanizmów zszokowała nawet najbardziej doświadczonych analityków i komentatorów politycznych. Wyłania się z nich obraz systematycznego, zorganizowanego nacisku Komisji Europejskiej na globalne platformy społecznościowe — nacisku, którego celem była zmiana zasad moderowania treści na całym świecie.

Jednak to, co najbardziej powinno zaniepokoić polskiego czytelnika, to fakt, że nasz kraj odgrywał w tym procederze wyjątkową rolę. Polska nie była podmiotem tych działań — była ich celem. To właśnie polska debata publiczna stała się obiektem kontroli prowadzonej z poziomu brukselskich gabinetów, a skala ingerencji przekracza najśmielsze wyobrażenia.

TikTok dostał specjalne instrukcje na polskie wybory — co kazano ukrywać przed Polakami?

To chyba najbardziej bulwersujący fragment całego raportu. Amerykańscy śledczy dotarli do wewnętrznych wytycznych platformy TikTok, które zostały opracowane specjalnie na okres polskiej kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi w 2023 roku. Nie były to ogólne zasady moderacji — to były celowane instrukcje, przygotowane wyłącznie z myślą o Polsce i polskich użytkownikach. Ich treść budzi ogromny niepokój wśród obrońców wolności słowa.

Na stronie 105 raportu znajduje się konkretny, udokumentowany przykład cenzury wymierzonej w polskich internautów. TikTok nakazywał swoim moderatorom blokowanie opinii sugerujących, że władze mogą próbować demobilizować wyborców za pomocą restrykcji covidowych. Takie poglądy otrzymywały etykietę „teorii spiskowej”, co automatycznie oznaczało ograniczenie ich zasięgu lub całkowite usunięcie z platformy. Polscy użytkownicy nawet nie wiedzieli, że ktoś decyduje za nich, które opinie polityczne mogą zobaczyć.

Zdaniem autorów raportu te działania nie były przypadkowe ani incydentalne — stanowiły element szerszej, z góry zaplanowanej strategii. Platformy technologiczne wyprzedzająco dostosowywały się do oczekiwań Komisji Europejskiej, jeszcze zanim unijny Akt o Usługach Cyfrowych wszedł w pełni w życie. Cel był prosty i brutalny — tłumienie narracji krytycznych wobec mainstreamu politycznego, szczególnie w tak wrażliwym momencie jak kampania wyborcza.

Nie tylko Polska padła ofiarą — cała Europa Środkowa była poligonem doświadczalnym!

Gdyby ktoś myślał, że Polska była jedynym krajem poddanym tej presji, to grubo się myli. Europa Środkowo-Wschodnia stała się swoistym laboratorium, w którym Bruksela testowała nowe narzędzia kontroli treści na masową skalę. Raport ujawnia analogiczne praktyki na Słowacji, gdzie pod pozorem walki z „mową nienawiści” systematycznie blokowano poglądy konserwatywne dotyczące kwestii płci i migracji.

Dokumenty przytaczają wręcz absurdalne przykłady cenzury ze Słowacji — stwierdzenia dotyczące binarności płci czy sprzeciw wobec seksualizacji dzieci były usuwane, mimo że sam TikTok wewnętrznie przyznawał, iż takie opinie należą do głównego nurtu słowackiej debaty politycznej. Presja ze strony Brukseli okazywała się jednak silniejsza niż lokalna rzeczywistość, silniejsza niż to, co naprawdę myśleli obywatele danego kraju. Platforma wolała cenzurować popularny pogląd, niż narazić się na gniew unijnych urzędników.

Kluczem do zrozumienia tej sytuacji są gigantyczne kary finansowe przewidziane przez Akt o Usługach Cyfrowych — sięgające aż sześciu procent globalnego obrotu firmy. Wewnętrzne materiały Google przytoczone przez kongresmenów odsłaniają, że korporacje technologiczne doskonale zdawały sobie sprawę, iż uczestnictwo w unijnych kodeksach „walki z dezinformacją” nie miało nic wspólnego z dobrowolnością. Firmy wiedziały, że odmowa oznacza finansową katastrofę, więc zmieniały swoje globalne regulaminy pod dyktando europejskich urzędników — co dotykało użytkowników nie tylko w Europie, ale na całym świecie.

Tomasz Wróblewski z Warsaw Enterprise Institute zwrócił uwagę na szczególnie niebezpieczny aspekt tych praktyk. Jego zdaniem pod hasłem przeciwdziałania rosyjskiej propagandzie zarówno rządy państw członkowskich, jak i instytucje unijne uzyskały narzędzia pozwalające wyciszać opozycję polityczną i niezależnych dziennikarzy. Programy antydezynformacyjne wykorzystywano do ingerowania w procesy wyborcze — w tym także w Polsce — a to już nie jest kwestia moderacji, lecz zamachu na demokratyczne fundamenty.

Weryfikatorzy faktów na usługach Brukseli — kto naprawdę decydował, co jest „prawdą”?

Raport amerykańskiego Kongresu odsłania jeszcze jedną, niezwykle niepokojącą warstwę tego systemu — rolę organizacji pozarządowych i tak zwanych weryfikatorów faktów. Część z nich była finansowana przez fundacje polityczne lub bezpośrednio przez instytucje unijne, co poddaje w poważną wątpliwość ich niezależność. W ramach „systemów szybkiego reagowania” podmioty te otrzymywały status zaufanych sygnalistów, co dawało im priorytetową, ekspresową ścieżkę do zgłaszania treści do natychmiastowego usunięcia.

Amerykańscy śledczy twierdzą wprost, że mechanizm ten służył do uciszania krytyków polityki unijnej w najbardziej gorących obszarach debaty publicznej. Chodziło przede wszystkim o klimat, migrację i kwestie światopoglądowe — czyli tematy, które budzą największe emocje i dzielą społeczeństwa europejskie. Kto nie zgadzał się z oficjalną linią Brukseli, ryzykował, że jego opinia zostanie sklasyfikowana jako „dezinformacja” i zniknie z internetu.

Komisja Sądownictwa alarmuje przy tym, że skutki tych regulacji sięgają daleko poza granice Unii Europejskiej. Skoro platformy zmieniają swoje globalne zasady pod wpływem Brukseli, to Amerykanie i obywatele innych państw spoza UE również podlegają europejskim standardom „mowy nienawiści” — znacznie surowszym niż ochrona wolności słowa gwarantowana przez Pierwszą Poprawkę do amerykańskiej konstytucji. Autorzy raportu podsumowują dekadę działań Komisji Europejskiej jako zakrojoną na szeroką skalę kampanię zmierzającą do objęcia cenzurą globalnego internetu, której punktem kulminacyjnym stał się właśnie Akt o Usługach Cyfrowych. Jeśli te ustalenia się potwierdzą, czeka nas fundamentalna debata o tym, czym tak naprawdę jest wolność w erze cyfrowej.

Udostępnij to 👇