Chrzestna Tomasza Komendy leżała martwa w mieszkaniu przez DWA LATA. Nikt nie raczył otworzyć drzwi do łazienki

Tego nie da się czytać bez ciarek na plecach. Stanisława Szczęsna, chrzestna matka niesłusznie skazanego Tomasza Komendy, zniknęła w grudniu 2023 roku. Rodzina błagała policję i administrację o sprawdzenie mieszkania. Służby twierdziły, że „sprawdzały i nic”.

Tymczasem prawda okazała się potworniejsza niż najgorszy koszmar – zmumifikowane ciało kobiety leżało w jej własnej łazience przez ponad dwa lata, zanim ktokolwiek je odnalazł. Jak to możliwe, że w XXI wieku, w centrum Wrocławia, schorowana staruszka może umrzeć i przez 24 miesiące nikt – dosłownie NIKT – nie jest w stanie jej znaleźć we własnych czterech ścianach? Przeczytajcie tę historię do końca, bo to, co wyczyniały służby, mrozi krew w żyłach.

Zniknęła w środku zimy, a służby wzruszyły ramionami

Stanisława Szczęsna była schorowaną seniorką, która ledwo chodziła i nie rozstawała się ze swoim inhalatorem z powodu astmy. W grudniu 2023 roku przestała pojawiać się na klatce schodowej swojego wrocławskiego bloku. Dla każdego myślącego człowieka powinien to być pierwszy i wystarczający sygnał alarmowy – staruszka, która z trudem się porusza, nagle rozpływa się w powietrzu w środku mroźnej zimy.

Teresa Klemańska, matka Tomasza Komendy i siostra zaginionej, wielokrotnie udawała się na komisariaty i do administracji budynku. Kobieta błagała, żeby ktoś wreszcie dokładnie sprawdził mieszkanie Stanisławy. Jej słowa, przekazane „Gazecie Wyborczej”, brzmią jak krzyk rozpaczy człowieka, którego nikt nie chce słuchać.

„Mówiłam policji i administracji, żeby sprawdzili w mieszkaniu siostry, czy na pewno jej tam nie ma. Zimno było, ona ledwo chodziła, gdzie miałaby iść. A oni, że sprawdzali i nic. Ja tego nie potrafię zrozumieć” – relacjonowała zdruzgotana kobieta. I trudno się dziwić, że nie potrafi tego zrozumieć, bo ta historia od początku do końca jest jednym wielkim pasmem zaniedbań, które doprowadziły do sytuacji niewyobrażalnej w cywilizowanym kraju.

Sąsiedzi alarmowali jako pierwsi – usłyszeli, że zapłacą za „niesłuszne wezwanie”

Mieszkańcy bloku nie byli obojętni. Jako pierwsi zwrócili uwagę, że coś jest bardzo nie tak, gdy ich schorowana sąsiadka nagle przestała wychodzić z mieszkania. Jedna z lokatorek wyznała „Gazecie Wyborczej”, że pierwsze zgłoszenia o zniknięciu Stanisławy Szczęsnej trafiły do administracji prawdopodobnie już w maju 2024 roku. Ludzie robili dokładnie to, o co apelują kampanie społeczne – reagowali na los samotnej osoby.

I co usłyszeli w odpowiedzi? Coś, co powinno wywołać skandal na skalę całego kraju. Administracja budynku zamiast natychmiast podjąć działania, postanowiła skutecznie zniechęcić zatroskanych sąsiadów. Lokatorzy dowiedzieli się, że jeśli wezwanie okaże się „niesłuszne”, to zostaną obciążeni kosztami interwencji. Zamiast pomocy – groźba finansowych konsekwencji za próbę ratowania ludzkiego życia.

Sąsiadka zmarłej nie ukrywa w rozmowie z dziennikarzami ogromnego żalu – zarówno do instytucji, jak i do samej siebie. Lokatorzy obwiniają się teraz, że nie wezwali straży pożarnej na własną rękę, ignorując urzędnicze straszenie kosztami. Ta sytuacja obnażyła bolesną prawdę – w zderzeniu z biurokratyczną machiną wszelkie apele o reagowanie na los samotnych seniorów okazują się pustymi słowami, które nie mają żadnego przełożenia na rzeczywistość.

Syn wszedł do mieszkania i zobaczył inhalator na stole – kazali mu natychmiast wychodzić

Grzegorz, syn Stanisławy Szczęsnej, formalnie zgłosił zaginięcie matki na policji dopiero 8 maja 2025 roku. Mężczyzna przyznaje, że sam od dłuższego czasu nie utrzymywał kontaktu z matką ze względu na jej trudny charakter. Rodzinne relacje były skomplikowane, co niestety sprawiło, że nikt z najbliższych nie mógł na bieżąco monitorować sytuacji schorowanej kobiety.

Kiedy policja zażądała fotografii zaginionej, Grzegorz musiał wejść do jej mieszkania w towarzystwie administratora. To, co zobaczył na stole w zaledwie kilka sekund pobytu w lokalu, powinno od razu zapalić wszystkim czerwoną lampkę. Na blacie leżał inhalator matki, bez którego astmatyczka nie ruszała się nigdzie, a obok dokumenty i pieniądze. Jaka schorowana kobieta wychodzi z domu bez leków ratujących życie, dokumentów i gotówki?

Grzegorz chciał rozejrzeć się po mieszkaniu dokładniej, ale kazano mu natychmiast opuścić lokal. Nie pozwolono mu przejść do łazienki, nie pozwolono mu sprawdzić wszystkich pomieszczeń. Gdyby wtedy ktokolwiek wykazał choć odrobinę dociekliwości i otworzył drzwi łazienki, makabryczna prawda wyszłaby na jaw o pół roku wcześniej. Zamiast tego syna zmarłej praktycznie wypchnięto za drzwi, a zagadka zniknięcia seniorki pozostała oficjalnie nierozwiązana.

Ekipa sprzątająca znalazła to, czego nie chciały szukać służby

Przełom w tej koszmarnej historii nastąpił 8 grudnia 2025 roku i to w okolicznościach, które trudno nazwać inaczej niż groteskowymi. Do mieszkania Stanisławy Szczęsnej weszli nie policjanci, nie detektywi, nie specjalistyczna grupa poszukiwawcza – ale zwykli pracownicy firmy sprzątającej, wynajęci do opróżnienia lokalu. To właśnie oni wykonali robotę, której przez dwa lata nie potrafiły zrobić powołane do tego instytucje państwowe.

Sąsiadka zmarłej opowiedziała dziennikarzom „Wyborczej” o dramatycznych scenach, które rozegrały się tamtego dnia na podwórku. Około godziny 14 na zewnątrz wybuchła panika. Pracownicy firmy porządkowej wybiegli z budynku w stanie kompletnego szoku – jeden bujał się na ławce, drugi przy śmietniku ściągał z siebie ubrania. Chwilę później pod blok podjechało pogotowie ratunkowe i policja, a sąsiadka od razu zrozumiała, że najgorsze przeczucia się potwierdziły.

Zmumifikowane zwłoki Stanisławy Szczęsnej spoczywały w łazience – tym samym pomieszczeniu, do którego nikt przez ponad dwa lata nie raczył zajrzeć, mimo wielokrotnych próśb rodziny i sąsiadów. Ciało kobiety, która prawdopodobnie zmarła już zimą 2023 roku, leżało zaledwie kilka metrów od drzwi wejściowych, za którymi przez 24 miesiące toczyło się normalne życie bloku mieszkalnego. To zdanie warto przeczytać jeszcze raz i pozwolić mu dotrzeć do świadomości.

Mieszkanie błyskawicznie opróżniono – pamiątki rodzinne trafiły na śmietnik

Jakby sama śmierć i dwuletnie leżenie w zapomnieniu nie były wystarczająco tragiczne, rodzinę Stanisławy Szczęsnej spotkał kolejny cios. Zanim bliscy zdążyli zabezpieczyć dobytek zmarłej, mieszkanie zostało pospiesznie opróżnione ze wszystkich rzeczy. Bezpowrotnie przepadły unikalne rodzinne pamiątki, dokumenty i biżuteria – przedmioty, które dla bliskich miały wartość nie do oszacowania.

Załamany Grzegorz w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” nie przebierał w słowach, opisując swoje zmagania z systemem, który zawiódł na każdym możliwym etapie. „Najgorsze jest to ciągłe bieganie między policją a administracją. Jeden odsyła mnie do drugiego. Do tej pory nie wpuścili mnie do mieszkania” – żalił się mężczyzna. Gdy zapytał o protokół spisania rzeczy matki, usłyszał, że takowy nie istnieje.

Zarząd Zasobu Komunalnego w oficjalnym komunikacie stwierdził z urzędniczym spokojem, że „wszelkie procedury zostały zachowane”. Rzeczniczka instytucji tłumaczyła błyskawiczne usunięcie wyposażenia koniecznością przeprowadzenia dezynsekcji, podkreślając jednocześnie, że po odnalezieniu ciała natychmiast powiadomiono służby ratunkowe. Trudno oprzeć się wrażeniu, że „procedury” w tej historii zastąpiły zdrowy rozsądek, empatię i elementarną ludzką przyzwoitość.

Policja tłumaczy się z niewytłumaczalnego – prokuratura bada sprawę

Wrocławska policja również zabrała głos w tej bulwersującej sprawie i jej wyjaśnienia są równie szokujące jak cała ta historia. Funkcjonariusze stwierdzili, że zrezygnowali z dokładnego przeszukania mieszkania, ponieważ wcześniejsze wizyty bliskich i urzędników „nie wzbudziły żadnych podejrzeń”. Innymi słowy – skoro nikt nie znalazł ciała przy pobieżnym zerknięciu do środka, to po co szukać dokładniej.

Tożsamość zmarłej Stanisławy Szczęsnej ostatecznie potwierdzono dopiero pod koniec stycznia 2026 roku na podstawie specjalistycznych badań genetycznych. Od momentu prawdopodobnej śmierci kobiety do oficjalnego potwierdzenia jej tożsamości minęły ponad dwa lata. Dwa lata, w których system – od administracji budynku, przez policję, po urzędników miejskich – konsekwentnie ignorował sygnały alarmowe płynące od zrozpaczonych bliskich i zatroskanych sąsiadów.

Śledztwo w tej wstrząsającej sprawie prowadzi obecnie prokuratura i pozostaje mieć nadzieję, że tym razem instytucje państwowe wykażą się większą starannością niż podczas poszukiwań żywej jeszcze wówczas kobiety. Historia Stanisławy Szczęsnej to nie tylko osobista tragedia jednej rodziny – to porażająca diagnoza systemu, w którym samotny, schorowany człowiek może umrzeć za zamkniętymi drzwiami i przez lata pozostać niewidzialny dla świata. Świata, który przecież wiedział, że coś jest nie tak, ale wolał „zachować procedury” niż po prostu otworzyć jedne drzwi.

Udostępnij to 👇