W polskiej polityce zawrzało jak nigdy dotąd! Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty znalazł się na celowniku prawicy, która domaga się jego głowy za rzekome „zamrażanie” prezydenckiego projektu ustawy SAFE zero procent. Politycy PiS nie przebierają w słowach i grożą nawet Trybunałem Stanu.
Tymczasem konstytucjonalista prof. Ryszard Piotrowski ochłodził rozpalone głowy jednym zdaniem, które powinien przeczytać każdy, kto śledzi tę aferę. Co takiego powiedział? Czy Czarzastemu naprawdę grozi coś poważnego? Sprawdź, zanim wyrobisz sobie zdanie — bo ta historia ma drugie dno, o którym mało kto mówi!
Czarzasty odstawił projekt na boczny tor i rozpętał polityczne piekło
Wszystko zaczęło się od prezydenckiego projektu ustawy SAFE zero procent, który miał być kontrpropozycją dla zawetowanej ustawy o unijnym kredycie na zbrojenia. Projekt trafił do Sejmu, ale zamiast błyskawicznie ruszyć na legislacyjną ścieżkę, utknął w martwym punkcie. A za tym zastojem stoi — zdaniem prawicy — jedna konkretna osoba: marszałek Włodzimierz Czarzasty.
Sam Czarzasty 13 marca nie pozostawił złudzeń co do swoich intencji. Publicznie oświadczył, że nie widzi zasadności ustawy, która ma „w sposób szczególny dzielić zysk NBP”. Dodał, że zysku w zasadzie nie ma, a to wszystko to „cień wiatru”. Słowa te brzmiały niczym polityczny policzek wymierzony obozowi prezydenckiemu.
Prawa strona sceny politycznej dosłownie kipi z oburzenia. Politycy PiS natychmiast ruszyli do kontrataku, domagając się natychmiastowego rozpoczęcia prac nad projektem. Atmosfera w Sejmie zagęściła się do granic możliwości, a groźby padające z ust czołowych postaci opozycji brzmiały jak zapowiedź politycznej wojny totalnej.
Konstytucjonalista mówi wprost — Czarzasty nie ma prawa blokować ustaw w nieskończoność
Prof. Ryszard Piotrowski, uznany konstytucjonalista, zabrał głos w sprawie i jego słowa powinny dać do myślenia obu stronom sporu. Jak wyjaśnił w rozmowie z „Faktem”, marszałek Sejmu nie może subiektywnie decydować o wstrzymywaniu prac nad żadną ustawą. Nie istnieje przepis, który pozwalałby mu przetrzymywać projekty legislacyjne w szufladzie bez końca. Ma konkretne opcje — albo kieruje projekt do rozpatrzenia, albo w przypadku wątpliwości odsyła go do Komisji Ustawodawczej.
Profesor dodał również, że marszałek może zwrócić projekt wnioskodawcy, ale tylko wtedy, gdy uzasadnienie nie spełnia wymogów Regulaminu Sejmu. To oznacza, że Czarzasty nie jest całkowicie bezkarny w swoich decyzjach proceduralnych. Istnieją jasno określone ramy, w których powinien się poruszać, a ich przekroczenie rodzi pytania o nadużycie kompetencji.
Jednocześnie konstytucjonalista ostudził zapędy tych, którzy już widzą Czarzastego przed Trybunałem Stanu. Stwierdził jednoznacznie, że za brak procedowania prezydenckiego projektu marszałkowi nie grozi żadna odpowiedzialność poza polityczną. Podkreślił także, że projekty autorstwa prezydenta nie mają żadnego prymatu nad poselskimi czy obywatelskimi — ich priorytetowe traktowanie to wyłącznie kwestia kurtuazji, a nie obowiązku prawnego.
Czarnek grzmi o Trybunale Stanu i żąda natychmiastowego działania
Wiceprezes PiS Przemysław Czarnek nie zamierzał czekać z założonymi rękami. Podczas konferencji prasowej 13 marca wystąpił z pełną mocą politycznego ciężkiego kalibru. Zwrócił się bezpośrednio do Czarzastego, żądając natychmiastowego rozpoczęcia prac nad prezydenckim projektem ustawy. Zadeklarował nawet gotowość posłów PiS do pracy w niedzielę, byleby tylko sprawy ruszyły z miejsca.
Ale to nie koniec — kandydat PiS na premiera poszedł o krok dalej i sięgnął po najcięższe działa. Zagroził, że jeśli Czarzasty i Tusk spróbują obejść prezydenckie weto i „nielegalnie” zaciągną unijny kredyt na podstawie uchwały Rady Ministrów, poniosą odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu. Nazwał potencjalny kredyt unijny „nieuczciwą chwilówką niemiecko-brukselską”, która obciąży Polaków na długie lata setkami miliardów złotych.
Szef gabinetu prezydenta Paweł Szefernaker również nie pozostał bierny. Na antenie TV Republiki ostrzegł, że jeśli rząd ma jakiś „plan B” zakładający pozaustawowe zadłużanie Polski z pominięciem prezydenckiego weta, to takie działania są niezgodne z prawem. Kancelaria Prezydenta wyraźnie dała do zrozumienia, że zamierza walczyć do końca o zablokowanie unijnego kredytu SAFE.
Tusk odpowiada ogniem — „Weto nas nie zatrzyma!”
Premier Donald Tusk nie zamierzał pozostać dłużny. Na nadzwyczajnym posiedzeniu rządu zwołanym tego samego dnia ogłosił, że rząd przyjmie uchwałę pozwalającą zrealizować program „Polska Zbrojna” niezależnie od prezydenckiego weta. Jego słowa „weto prezydenta nas nie zatrzyma” zabrzmiały jak deklaracja politycznej wojny na pełną skalę.
Szef rządu nie gryzł się w język, komentując decyzję prezydenta Nawrockiego. Przyznał, że „padają bardzo ostre słowa” i że ludzie zastanawiają się, „czy to zdrada, działania lobbystów czy brak zdrowego rozsądku”. Choć sam nie chciał wprost oceniać motywów prezydenta, dał do zrozumienia, że uważa weto za poważne utrudnienie dla bezpieczeństwa kraju. Napięcie między Pałacem Prezydenckim a Kancelarią Premiera osiągnęło poziom, jakiego dawno nie widzieliśmy.
Przypomnijmy, że prezydent Karol Nawrocki 12 marca wieczorem w orędziu do narodu ogłosił, iż nie podpisze ustawy o unijnym kredycie SAFE. Uzasadniał, że to kredyt zaciągany na 45 lat, którego koszty odsetek mogą sięgnąć nawet 180 miliardów złotych. Według prezydenta Polacy musieliby zwrócić podwójną wartość pożyczki, a zarobią na tym wyłącznie zachodnie banki i instytucje finansowe.
Prawie 44 miliardy euro na szali — Polska może stracić fortunę przez polityczne przepychanki
Stawka tej rozgrywki jest gigantyczna i trudno ją przecenić. Polski wniosek złożony do unijnego programu SAFE opiewał na zawrotną kwotę 43,7 miliarda euro i uzyskał akceptację instytucji europejskich. Polska została wskazana jako największy beneficjent całego programu, co w skali kontynentu jest wydarzeniem bezprecedensowym.
Według deklaracji rządu aż 89 procent z tych środków miało trafić bezpośrednio do polskich firm zbrojeniowych. To oznacza potężny impuls dla krajowego przemysłu obronnego w czasach, gdy bezpieczeństwo militarne stało się priorytetem numer jeden. Utrata tych pieniędzy z powodu politycznych przepychanek między rządem a prezydentem mogłaby mieć daleko idące konsekwencje dla obronności kraju.
Tymczasem Polacy mogą jedynie obserwować, jak ich najważniejsi politycy okopują się na swoich pozycjach. Z jednej strony prezydent wetuje i proponuje alternatywę, z drugiej rząd szuka sposobów na obejście weta, a pośrodku marszałek Sejmu, który sam stał się kartą przetargową w tej rozgrywce. Jedno jest pewne — ta historia jest daleka od zakończenia, a kolejne zwroty akcji mogą zaskoczyć nawet najbardziej doświadczonych obserwatorów polskiej polityki.
Źródło: Fakt









