Roman Giertych właśnie zaliczył spektakularną porażkę, o której huczy cała Polska. Poseł Koalicji Obywatelskiej był przekonany, że zniszczy znanego dziennikarza w sądzie – żądał dla niego ROKU WIĘZIENIA i 200 tysięcy złotych. Tymczasem sąd powiedział: „nie”.
Wyrok jest prawomocny i nie ma już od niego odwołania. Samuel Pereira może świętować, a Giertych musi sięgnąć do portfela i pokryć koszty całego postępowania. Jak do tego doszło? Koniecznie przeczytaj, bo ta historia ma w sobie wszystko – wielką politykę, miliony złotych i włoską posiadłość!
Sąd nie miał wątpliwości – dziennikarz jest niewinny
Warszawski Sąd Okręgowy utrzymał w mocy wyrok uniewinniający Samuela Pereirę od zarzutu zniesławienia Romana Giertycha. To oznacza, że sprawa została definitywnie zamknięta, a poseł KO nie ma już żadnej możliwości dalszego zaskarżania tego orzeczenia. Informację o prawomocnym wyroku jako pierwszy przekazał mecenas Bartosz Lewandowski za pośrednictwem platformy X.
Przypomnijmy, że sąd pierwszej instancji uniewinnił dziennikarza już w kwietniu ubiegłego roku. Giertych nie zamierzał jednak składać broni i odwołał się od tego rozstrzygnięcia. Jak się okazało – na próżno, bo sąd odwoławczy nie znalazł żadnych podstaw, by zmienić wcześniejsze orzeczenie.
Sam Pereira nie krył satysfakcji po ogłoszeniu wyroku. „Prawda się wybroniła” – napisał krótko, ale jakże wymownie dziennikarz w mediach społecznościowych. Te trzy słowa mówią więcej niż niejedna rozprawa sądowa.
Rok więzienia i 200 tysięcy złotych – tyle Giertych chciał „wycisnąć” od Pereiry
Skala roszczeń posła Koalicji Obywatelskiej wobec dziennikarza była naprawdę imponująca. W skierowanym do sądu akcie oskarżenia Roman Giertych domagał się dla Samuela Pereiry aż roku pozbawienia wolności. Do tego dochodziła kwota 200 tysięcy złotych, którą dziennikarz miałby zapłacić jako zadośćuczynienie.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że takie żądania miały działać odstraszająco nie tylko na samego Pereirę, ale na całe środowisko dziennikarskie. Rok więzienia za komentarz telewizyjny – to brzmi jak scenariusz filmu sensacyjnego, a nie rzeczywistość demokratycznego państwa. Sąd najwyraźniej podzielił tę ocenę, bo nie przychylił się do żadnego z żądań polityka.
Zamiast triumfu Giertych musi teraz zmierzyć się z koniecznością pokrycia kosztów postępowania. Z pozycji oskarżyciela stał się de facto przegranym, który musi sięgnąć do kieszeni. To bolesna lekcja, że nie każda batalia sądowa kończy się po myśli tego, kto ją wszczyna.
Afera Polnordu, włoska posiadłość i „zbrojne ramię” – co tak rozjuszyło polityka?
Cała sprawa miała swój początek 18 października 2020 roku, kiedy Samuel Pereira komentował w programie „Serwis Info” głośne zatrzymanie Romana Giertycha na polecenie prokuratury. Śledztwo dotyczyło spółki Polnord, z której miało dojść do wyprowadzenia ponad 90 milionów złotych. W czasie programu informowano również o włoskiej posiadłości należącej do Giertycha i jego żony.
Dziennikarz zadawał na antenie pytania, które okazały się dla polityka nie do zniesienia. Pereira zastanawiał się publicznie, czy wspomniana działka we Włoszech mogła zostać zakupiona z „przestępczego procederu kosztem akcjonariuszy poszkodowanej spółki”. Mówił również o Sebastianie J., którego określił jako „zbrojne ramię Romana Giertycha w Lidze Polskich Rodzin”.
Postępowanie sądowe toczyło się z wyłączeniem jawności, więc opinia publiczna nie poznała wszystkich szczegółów prowadzonej argumentacji. Jedno jest jednak pewne – sąd dwukrotnie uznał, że słowa dziennikarza nie stanowiły zniesławienia. Giertych przegrał na całej linii, a prawomocny wyrok zamknął mu drogę do dalszego dochodzenia swoich roszczeń w tej sprawie.
Kolejna porażka Giertycha – schemat się powtarza?
Mecenas Bartosz Lewandowski, informując o wyroku, użył znamiennego sformułowania – napisał o „kolejnej sądowej porażce” Romana Giertycha. To sugeruje, że poseł Koalicji Obywatelskiej ma na swoim koncie więcej przegranych bitew prawnych. Dla polityka, który z wykształcenia jest przecież prawnikiem, musi to być szczególnie dotkliwe.
Sprawa Pereiry pokazuje, że próby uciszania dziennikarzy za pomocą aparatu sądowego nie zawsze przynoszą oczekiwane rezultaty. Sąd wyraźnie rozgraniczył prawo do komentowania spraw publicznych od zniesławienia i stanął po stronie wolności słowa. To ważny sygnał dla wszystkich, którzy próbują wykorzystywać procesy sądowe jako narzędzie nacisku na media.
Samuel Pereira może teraz spokojnie wrócić do codziennej pracy dziennikarskiej, wiedząc, że jego słowa sprzed niemal pięciu lat zostały uznane za zgodne z prawem. Giertych natomiast musi liczyć się z tym, że ta porażka będzie mu długo towarzyszyć – zarówno w przestrzeni medialnej, jak i politycznej. Jedno jest pewne: ta historia jeszcze nie raz wróci w debatach o granicach wolności prasy w Polsce.









