Tego nie spodziewał się NIKT. Szymon Hołownia w furii opublikował wpis, który wstrząsnął polskim internetem do fundamentów. Znany dziennikarz ujawnił coś, czego polityk nigdy nie chciał pokazać światu – a reakcja wicemarszałka była tak ostra, że aż zapiera dech w piersiach.
Czy ktoś przekroczył granicę, której przekraczać nie wolno? Czy media poszły o krok za daleko, sięgając po najbardziej intymne sekrety jednego z najpotężniejszych ludzi w państwie? Czytaj dalej, bo to, co Hołownia powiedział na końcu, wywróciło całą historię do góry nogami!
Dziennikarz wyciągnął na światło dzienne to, co miało pozostać tajemnicą
Wszystko zaczęło się w Międzynarodowy Dzień Walki z Depresją – i trudno uwierzyć, że to przypadek. Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej” opublikował tekst, w którym czarno na białym napisał, że Szymon Hołownia od dłuższego czasu zmaga się z depresją. Powołał się na kilka niezależnych źródeł z najbliższego otoczenia polityka, a swoją tezę podparł obserwacjami o ograniczonej aktywności medialnej wicemarszałka Sejmu. Internetowi nie trzeba było więcej – temat eksplodował w ciągu minut.
Dziennikarz poszedł jednak jeszcze dalej niż samo ujawnienie domniemanej choroby. Zasugerował bowiem, że problemy zdrowotne Hołowni mogły wpływać na jego polityczne decyzje i publiczne reakcje. Choć zastrzegł, że nie zamierza nimi usprawiedliwiać działań polityka, sam fakt takiego powiązania wywołał ogromne kontrowersje. Wielu komentatorów od razu zaczęło zadawać pytanie – czy dziennikarz miał prawo to zrobić?
Sprawa natychmiast podzieliła opinię publiczną na dwa zwalczające się obozy. Jedni twierdzili, że osoba publiczna na tak wysokim stanowisku musi być transparentna, również w kwestii zdrowia. Drudzy bili na alarm, że właśnie przekroczono jedną z ostatnich granic prywatności, które jeszcze istniały w polskich mediach. Nikt jednak nie spodziewał się, że sam zainteresowany odpowie z taką siłą rażenia.
Hołownia wściekły jak nigdy – jego wpis to prawdziwy GROM z jasnego nieba
Wicemarszałek Sejmu nie zamierzał czekać ani minuty dłużej. Na platformie X opublikował obszerny, pełen emocji wpis, który natychmiast stał się numerem jeden w polskim internecie. Każde zdanie biło jak pięścią w stół – Hołownia nie gryzł się w język i nie szukał dyplomatycznych sformułowań. Było jasne, że polityk czuje się zdradzony w sposób, którego nie zamierza nikomu darować.
Zarzuty wobec Nizinkiewicza były miażdżące i bezlitosne. Hołownia wprost napisał, że dziennikarz bez jego wiedzy, bez zgody, na podstawie plotek zasłyszanych od bliżej nieokreślonego „otoczenia”, postanowił zarobić na jego prywatności. Polityk nie zostawił suchej nitki na całej publikacji – stwierdził, że tytuł, zdjęcie i oprawa artykułu służyły wyłącznie jednemu celowi: generowaniu kliknięć i pieniędzy kosztem cudzego cierpienia. Te słowa uderzyły w samo serce debaty o etyce dziennikarskiej.
Były lider Polski 2050 nie poprzestał na ataku – wyciągnął też argumenty, które trudno podważyć. Przywołał głośną sprawę „Gazety Wyborczej”, która ujawniła informacje o lekach Sławomira Cenckiewicza, i postawił obie sytuacje na równi. Nazwał tekst Nizinkiewicza „nowotworem dziennikarstwa” – określenie tak ostre, że aż zatrzęsło medialnymi kuluarami. Ten porównanie pokazało, że Hołownia traktuje sprawę śmiertelnie poważnie.
Wyznanie, które ZASKOCZYŁO absolutnie wszystkich
I wtedy nastąpił zwrot akcji, którego nikt nie przewidział. Hołownia jednoznacznie i bez cienia wątpliwości zdementował doniesienia o depresji – oświadczył wprost, że na tę chorobę NIE choruje. Ta informacja jak grom z jasnego nieba uderzyła w narrację, którą przez cały dzień budowały media i komentatorzy. Okazało się, że cała burza została rozpętana na fundamencie, który właśnie runął.
Ale to nie był koniec zaskoczeń – Hołownia przyznał coś, czego dotąd nie mówił publicznie. Wicemarszałek ujawnił, że zmaga się z innymi, bliżej nieokreślonymi problemami zdrowotnymi i jest w trakcie leczenia. Powiedział, że stopniowo odzyskuje siły, a fala agresji po zaprzysiężeniu prezydenta i ujawnieniu jego rozmów z opozycją nałożona na sześć wyczerpujących lat w polityce odbiła się na jego kondycji. Zapowiedział jednocześnie, że o szczegółach opowie wtedy i tylko wtedy, gdy sam uzna to za stosowne.
Finał wpisu był poruszający i trudny do zignorowania nawet dla największych krytyków polityka. Hołownia zaapelował do wszystkich, którzy zmagają się z problemami zdrowotnymi – choroba nie odbiera nikomu godności ani człowieczeństwa, a każdy ma prawo kroczyć ku zdrowiu we własnym tempie. Poprosił, by zamiast zdzierać bandaże i eksponować cudze cierpienie, okazywać wsparcie. Jego ostatnie zdanie zmroziło krew – przypomniał, że słowa potrafią ranić każdego i mogą nawet zabijać.
Polska zastanawia się – czy media przekroczyły ostatnią granicę?
Ta historia obnażyła coś, o czym wielu wolałoby nie myśleć – że w pogoni za sensacją polskie media gotowe są wejść w najbardziej intymne sfery życia człowieka. Nie chodzi tu o poglądy polityczne Hołowni ani o sympatię lub antypatię wobec niego jako polityka. Chodzi o fundamentalne pytanie, które powinien zadać sobie każdy z nas – czy fakt pełnienia funkcji publicznej oznacza, że ktoś traci prawo do tajemnicy lekarskiej?
Środowisko dziennikarskie zostało postawione pod ścianą i trudno mu będzie wyjść z tej sytuacji z twarzą. Hołownia swoim wpisem nie tylko obronił swoją prywatność, ale wymusił dyskusję, która dawno powinna była się odbyć. Granica między interesem publicznym a zwykłym voyeuryzmem w polskich mediach zaciera się coraz bardziej, a ta sprawa może stać się punktem zwrotnym. Eksperci od etyki mediów już zapowiadają, że będą analizować ten przypadek latami.
Jedno jest pewne – ta historia będzie rezonować w polskiej debacie publicznej jeszcze bardzo, bardzo długo. Niezależnie od tego, po której stronie barykady ktoś stoi politycznie, trudno nie zgodzić się z jednym – każdy człowiek, nawet ten na szczycie władzy, zasługuje na prawo do prywatności w chorobie. Pytanie brzmi, czy polskie media wyciągną z tej lekcji jakiekolwiek wnioski, czy za tydzień pojawi się kolejny artykuł, który przekroczy granicę jeszcze bardziej. Polska patrzy i czeka.









