Trzymajcie się mocno krzeseł, bo to, co właśnie wypłynęło z ministerialnych gabinetów, zburzy spokój w każdym polskim domu i pokoju nauczycielskim. Rząd po cichu szykuje przepisy, które wywrócą szkolną rzeczywistość do góry nogami, a dotychczasowe, surowe zasady dyscypliny trafią prosto na śmietnik historii. Czy to oznacza absolutną anarchię na korytarzach i koniec z karami za farbowane włosy, makijaż czy kolczyki?
Rodzice są w głębokim szoku, a pedagodzy łapią się za głowy, bo nadchodzi era totalnej wolności, o jakiej zbuntowani uczniowie marzyli od dekad. Sprawdź koniecznie, co dokładnie knuje resort edukacji i czy Twoje dziecko wkrótce przyjdzie na lekcje w stroju, który przyprawi Cię o zawał serca – to koniec szkoły, jaką znaliśmy.
Piekło zamarza! Kolorowe włosy i tatuaże chronione ustawą?
Informacja, która spadła na nas jak grom z jasnego nieba, brzmi wprost niewiarygodnie dla każdego, kto pamięta szkolny rygor. Ministerstwo Edukacji Narodowej postanowiło wziąć pod lupę szkolne statuty i planuje zmiany, które dla wielu konserwatywnych nauczycieli będą prawdziwym koszmarem. Projekt nowelizacji Prawa oświatowego, który trafił już pod obrady, zakłada, że szkoła przestanie być miejscem, gdzie dyrektor decyduje o długości spódniczki czy kolorze czupryny ucznia.
To prawdziwa bomba z opóźnionym zapłonem, bo proponowane przepisy mają nadać uczniom ustawowe prawo do „kształtowania własnego wyglądu”. Do tej pory statuty placówek roiły się od zakazów dotyczących makijażu, jaskrawych ubrań czy farbowania włosów, ale teraz te zapisy mogą stać się po prostu nielegalne. Resort edukacji pod wodzą Barbary Nowackiej i przy wsparciu wiceminister Katarzyny Lubnauer chce raz na zawsze ukrócić to, co urzędnicy nazywają dyskryminacją ze względu na wygląd.
Politycy argumentują, że szkoła nie ma prawa ingerować w ekspresję młodych ludzi, co brzmi jak spełnienie marzeń nastolatków i horror dla tradycjonalistów. Posłanka Katarzyna Matusik-Lipiec wprost zapytała w interpelacji o te absurdy, a odpowiedź ministerstwa nie pozostawia złudzeń – idzie nowe. Specjalny zespół ds. praw ucznia pracuje w pocie czoła, by kodyfikacja weszła w życie i zakończyła erę „linijki” w kwestiach modowych, co z pewnością wywoła burzę na wywiadówkach w całym kraju.
Czy to już totalna anarchia? Granice szaleństwa jednak istnieją
Choć wizja uczniów przychodzących na matematykę w strojach rodem z teledysków Lady Gagi przeraża wielu dorosłych, resort zapewnia, że pewne hamulce zostaną zachowane. Wolność wolnością, ale ministerstwo podkreśla, że swoboda nie może mieć charakteru absolutnego i bezgranicznego, co daje nadzieję na zachowanie resztek przyzwoitości. Projekt ustawy wciąż nakłada na młodzież obowiązek ubierania się zgodnie z ogólnie przyjętymi normami społecznymi, choć definicja tych norm staje się coraz bardziej płynna.
Dyrektorzy szkół nie zostaną całkowicie pozbawieni władzy, choć ich rola w kreowaniu wizerunku podopiecznych drastycznie zmaleje do kwestii bezpieczeństwa. Nadal będą mogli wymagać odpowiedniego stroju na zajęciach wychowania fizycznego czy w pracowniach chemicznych, gdzie luźne ubrania mogłyby doprowadzić do tragedii. To jedyny bastion, który ostał się w tym rewolucyjnym pędzie, mającym na celu zliberalizowanie skostniałego systemu polskiej edukacji.
Eksperci przypominają, że obecny system pozwalał na radosną twórczość dyrektorów, którzy mogli narzucać mundurki lub drakońskie zasady, ale to się właśnie kończy. Pamiętamy wszyscy czasy Romana Giertycha i obowiązkowe „uniformy”, które zniknęły szybciej, niż się pojawiły, pozostawiając po sobie niesmak. Teraz wahadło wychyla się w drugą stronę, a szkoły będą musiały pogodzić się z tym, że uczeń ma prawo wyglądać tak, jak mu się podoba, o ile nie nawołuje strojem do nienawiści.
Skandal w Krakowie, który stał się iskrą zapalną zmian
Nie byłoby tej całej rewolucji, gdyby nie dramatyczne historie, które co rusz wypływają z polskich szkół i trafiają na czołówki gazet. Oliwy do ognia dolała głośna afera z jednego z krakowskich liceów, gdzie dyrektor miał rzekomo znęcać się nad uczniem z powodu fryzury. Sprawa ta stała się koronnym argumentem dla polityków, by wreszcie ukrócić samowolkę dyrekcji i wpisać prawa ucznia na sztywno do ustawy.
Według relacji posłanki, która nagłośniła ten dramat, dyrektor powoływał się na statut nakazujący „naturalny wygląd” i miał dopuścić się przemocy psychicznej wobec nastolatka. To brzmi jak scenariusz kiepskiego thrillera, ale pokazuje, jak bardzo wygląd zewnętrzny może stać się polem bitwy między pokoleniami. Zwolennicy zmian krzyczą o traumie i prześladowaniu, podczas gdy druga strona barykady mówi o konieczności zachowania powagi instytucji.
Sam dyrektor krakowskiej placówki bronił się w mediach, twierdząc, że jedynie „zasugerował” wizytę u fryzjera, a uczeń sam na to przystał. Niezależnie od tego, gdzie leży prawda w tym konkretnym przypadku, mleko się rozlało i stało się pretekstem do ogólnopolskiej debaty. Teraz każdy przypadek uwagi zwróconej uczniowi za kolczyk w nosie czy różowe pasemka może skończyć się interwencją kuratorium, a nauczyciele będą musieli dwa razy ugryźć się w język, zanim skrytykują stylówkę wychowanka.









