Jan Maria Tomaszewski wrócił we wspomnieniach do godzin po katastrofie smoleńskiej i opisał sceny, które trudno czytać bez emocji. Brat cioteczny Jarosława i Lecha Kaczyńskich miał polecieć na miejsce tragedii razem z Jarosławem Kaczyńskim. Jego relacja uderza nie tylko opisem zniszczenia, ale też oskarżeniami pod adresem rosyjskich służb.
W tej historii są graniczne emocje, polityczne napięcie i obrazy, które miały zostać w pamięci na zawsze. Czytelnik szybko zrozumie, dlaczego te słowa po latach nadal wywołują ciarki.
Podróż do Smoleńska zaczęła się od szpitalnego korytarza
Jan Maria Tomaszewski wspominał, że wiadomość o katastrofie dotarła do niego rano 10 kwietnia 2010 roku. Po włączeniu telewizora zobaczył informacje o rozbiciu się prezydenckiego samolotu. Niedługo później pojechał do szpitala, w którym przebywała matka braci Kaczyńskich.
Na miejscu zastał Jarosława Kaczyńskiego, który miał poprosić go o towarzyszenie w podróży do Smoleńska. Tomaszewski ubrał się w garnitur i ruszył na lotnisko. Od tego momentu zwykły dzień zamienił się w ciąg wydarzeń, które opisywał później jako skrajnie trudne.
Delegacja poleciała do Witebska na Białorusi, a tam według Tomaszewskiego organizacja wyglądała godnie i sprawnie. Wspominał zamknięte ulice, salutujących funkcjonariuszy i powagę sytuacji. Ten kontrast miał jednak szybko pęknąć po przekroczeniu rosyjskiej granicy.
Za granicą miało zacząć się upokarzające opóźnianie
Tomaszewski mówił, że po stronie rosyjskiej atmosfera zmieniła się radykalnie. Opisywał drobiazgową kontrolę dokumentów, mimo że w autobusie jechali posłowie i osoby z paszportami dyplomatycznymi. W jego relacji ta część podróży nabrała przygnębiającego i upokarzającego charakteru.
Największe emocje budziły opóźnienia w drodze na lotnisko. Według Tomaszewskiego rosyjski pilot prowadził kolumnę bardzo wolno, a autobus miał pokonywać trasę w tempie około 25 km/h. Mówił też o kluczeniu po skrzyżowaniach i bramie lotniska zamkniętej tuż przed delegacją.
W tym samym czasie kolumna z Donaldem Tuskiem miała wyprzedzić autobus Jarosława Kaczyńskiego na sygnałach. Tomaszewski odbierał całą sytuację jako celową grę na zwłokę ze strony gospodarzy. To właśnie ten wątek najmocniej podbija polityczny ciężar jego wspomnień.
Widok na miejscu katastrofy miał zostać z nim na zawsze
Po dotarciu na lotnisko Tomaszewski zapamiętał dwa zupełnie różne obrazy. Z jednej strony widział dziennikarzy i wozy transmisyjne, z drugiej oświetlony namiot, gdzie według jego relacji przebywali Władimir Putin i Donald Tusk. Odczytywał tę scenę jako widowisko rozgrywane obok właściwej tragedii.
Najbardziej wstrząsające były jednak opisy miejsca upadku samolotu. Tomaszewski mówił o szczątkach maszyny rozrzuconych w błocie, drobnych kawałkach metalu i zniszczonym lasku brzozowym. Samolotu jako całości miał właściwie nie być widać, bo wszystko tworzyło jeden obraz zniszczenia.
Szczególnie mocno wybrzmiała relacja o ciele Lecha Kaczyńskiego, które według Tomaszewskiego zlokalizowano dzięki elektronicznemu chipowi wszytemu w garnitur. Opisywał, że ciało leżało na gołej ziemi, bez stołu i noszy, a obok znajdowały się zwłoki Krzysztofa Putry. Wspominał również niebieskie worki, w których miały znajdować się ludzkie szczątki, co uznawał za symbol chaosu i braku szacunku.
Noc zakończyła się kolejnym ciosem dla delegacji
Po oględzinach miejsca tragedii pojawiła się informacja, że Władimir Putin zgodził się na przetransportowanie ciała Lecha Kaczyńskiego do Polski tym samym samolotem, którym przyleciała delegacja. Oczekiwanie trwało kilka godzin, ale według Tomaszewskiego zgody ostatecznie nie było. W jego relacji wyglądało to jak kolejny element niezrozumiałej gry.
Na tle oficjalnych działań rosyjskich służb inaczej wypadli zwykli mieszkańcy Smoleńska i pracownicy hotelu. Tomaszewski wspominał herbatę, jedzenie i ludzką życzliwość, która w tamtej nocy miała szczególne znaczenie. Ten kontrast tylko wzmacniał jego ocenę postawy instytucji odpowiedzialnych za przyjęcie delegacji.
Problemy miały trwać nawet wtedy, gdy polska delegacja była już na pokładzie samolotu gotowego do startu. Rosyjskie służby zarządziły ponowną kontrolę paszportów i inspekcję wnętrza maszyny. Do Warszawy wrócili dopiero nad ranem, a relacja Tomaszewskiego pozostała jednym z najmocniejszych prywatnych świadectw tamtych godzin.









