Ta uroczystość miała wyglądać jak mocny symbol politycznej determinacji, ale zanim jeszcze się zaczęła, została obudowana słowami o kuriozum i możliwym naruszeniu prawa. W samym środku sporu znalazł się Karol Nawrocki, który został zaproszony do Sejmu, lecz według zapowiedzi nie weźmie udziału w wydarzeniu. To właśnie ten gest najmocniej pokazuje, jak głęboki stał się konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego.
W tej historii nie chodzi już wyłącznie o kalendarz i ceremonialną formułę. Chodzi o to, kto ma prawo domknąć procedurę i kto bierze na siebie ryzyko politycznego starcia.
Sejm szykuje uroczystość, ale Pałac Prezydencki od razu wysłał chłodny sygnał
Czworo wybranych w marcu sędziów TK zaprosiło Karola Nawrockiego na uroczystość zaplanowaną w Sejmie na czwartek o godz. 12:30. W wydarzeniu ma uczestniczyć marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, a elementem procedury ma być także poświadczenie notarialne złożonych ślubowań. Już sam ten zestaw sprawił, że uwaga mediów natychmiast skupiła się na pytaniu o reakcję prezydenta.
Odpowiedź okazała się chłodna i jednoznaczna. Zbigniew Bogucki zapowiedział, że prezydent nie pojawi się na tej uroczystości, a samo zaproszenie nazwał rzeczą absolutnie kuriozalną. W ten sposób Pałac Prezydencki od razu pokazał, że nie zamierza legitymizować wydarzenia własną obecnością.
Taka decyzja ma znaczenie większe niż zwykła odmowa udziału. W polityce symbol obecności prezydenta potrafi zmienić sens całej sceny, a jego nieobecność natychmiast uruchamia pytania o legalność i wagę planowanej czynności. W tym przypadku właśnie te pytania zaczęły dominować jeszcze przed rozpoczęciem uroczystości.
Największy spór dotyczy tego, czy w ogóle można nazwać to ślubowaniem
Bogucki powołuje się na zasadę legalizmu i przekonuje, że organy państwa muszą działać na podstawie i w granicach prawa. W jego ocenie planowana czynność w Sejmie nie będzie miała charakteru ślubowania w znaczeniu prawnym. To najmocniejszy element całej krytyki, bo podważa nie tylko formę, ale i sens wydarzenia.
Padają też sugestie, że działania podejmowane bez udziału prezydenta mają prowadzić do szybkiego przejęcia kontroli nad Trybunałem. Takie oskarżenie nie jest już wyłącznie konstytucyjną uwagą, lecz pełnowymiarowym zarzutem politycznym. Właśnie dlatego język wokół całej sprawy staje się coraz bardziej ostry i coraz mniej ceremonialny.
Pojawia się nawet ironiczne pytanie, wobec kogo miałoby zostać złożone ślubowanie, skoro nie wobec prezydenta. Ten detal pokazuje, że po stronie KPRP dominuje przekonanie o całkowitym braku podstaw prawnych dla takiej formy. A gdy państwowa uroczystość staje się przedmiotem podobnych drwin, skala kryzysu instytucjonalnego robi się wyjątkowo czytelna.
Im bliżej wydarzenia, tym bardziej widać, że stawką jest autorytet całych instytucji
W sporze o TK bardzo szybko gubią się zwykli obywatele, ale sam mechanizm konfliktu jest prosty. Jedna strona chce przeprowadzić czynność i pokazać sprawczość, druga mówi o przekroczeniu granic prawa i odmowie uznania skutków. W takiej sytuacji każda minuta wydarzenia będzie miała ciężar większy niż niejeden sejmowy dzień.
Nieprzypadkowo właśnie teraz padają słowa o hucpie, bezprawiu i odpowiedzialności za naruszenie porządku prawnego. Taki język ustawia odbiór całej sytuacji na długo przed tym, zanim ktokolwiek wypowie formalną rotę. I właśnie dlatego spór o ślubowanie stał się czymś znacznie większym niż spór o jedną salę i jedną godzinę.
Dla opinii publicznej najważniejsze będzie to, jaki obraz zostanie po tej scenie. Czy będzie to demonstracja siły, czy dowód chaosu i wzajemnego podważania kompetencji. Na razie wszystko wskazuje na to, że polityczny cień tego wydarzenia będzie dłuższy niż sama uroczystość.









