Niemcy wywracają wszystko do góry nogami! Piece gazowe zostają, a wielka zielona rewolucja ląduje w koszu. Co to oznacza dla milionów właścicieli domów?

To, co jeszcze niedawno wydawało się przesądzone, właśnie runęło jak domek z kart. Niemcy cofają jedną z najbardziej kontrowersyjnych reform ostatnich lat i pozwalają swoim obywatelom dalej grzać domy gazem i olejem. Miliony właścicieli nieruchomości za Odrą mogą odetchnąć z ulgą.

Ale uwaga – za tą decyzją kryje się znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Polityczne przepychanki, złamane sojusze i kanclerz, który postawił wszystko na jedną kartę. Koniecznie przeczytaj, co tak naprawdę stoi za tą sensacyjną zmianą i dlaczego może ona zmienić oblicze całej Europy!

Zieloni w szoku – ich sztandarowe prawo idzie do kosza

Jeszcze w 2023 roku Zieloni triumfowali. Przeforsowali prawo, które miało zmusić Niemców do masowej wymiany pieców na ekologiczne pompy ciepła i inne niskoemisyjne rozwiązania. Każdy nowy system grzewczy miał w co najmniej 65 procentach opierać się na energii odnawialnej. Wydawało się, że era gazu i oleju opałowego w niemieckich domach dobiega końca.

Tyle że Niemcy powiedzieli głośne „nie”. Fala krytyki była tak potężna, że przyczyniła się do upadku całego poprzedniego rządu. Ludzie nie chcieli wydawać dziesiątek tysięcy euro na wymianę sprawnie działających pieców tylko dlatego, że kazała im to zrobić ideologiczna ustawa. Koszty instalacji pomp ciepła, zwłaszcza w starszych budynkach, okazały się dla wielu rodzin po prostu nie do udźwignięcia.

Teraz nowa koalicja CDU/CSU i SPD postanowiła posprzątać ten bałagan. Kontrowersyjny wymóg 65 procent energii odnawialnej znika z przepisów. Właściciele domów znów będą mogli swobodnie instalować piece gazowe i olejowe bez obawy, że złamią prawo. To polityczny trzęsienie ziemi, którego skutki odczuje cała Europa.

Kanclerz Merz dotrzymał słowa – i to w jakim stylu

Friedrich Merz szedł do wyborów z jasnym przekazem: koniec z duszeniem obywateli absurdalnymi przepisami o ogrzewaniu. Obiecał, że cofnie zielone regulacje, które spędzały sen z powiek milionom Niemców. I trzeba przyznać, że słowa dotrzymał szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał.

Ale droga do porozumienia nie była usłana różami. Za kulisami koalicji wrzało jak w kotle. Konserwatyści z obozu Merza chcieli radykalnego i natychmiastowego odwrócenia przepisów, bez żadnych kompromisów i sentymentów. Z kolei socjaldemokraci z SPD bronili się rękami i nogami, próbując ratować choćby część dotychczasowych regulacji.

Ostatecznie wypracowano kompromis, który jednak wyraźnie przechyla szalę na stronę konserwatystów. Piece gazowe i olejowe zostają, a kto chce postawić na ekologię – proszę bardzo, ale dobrowolnie. Państwo nadal będzie oferować dotacje na pompy ciepła, lecz nikogo nie zmusi do ich instalowania. Merz może zapisać to sobie jako jedno z pierwszych wielkich zwycięstw politycznych na stanowisku kanclerza.

Prawie 80 procent Niemców grzeje gazem lub olejem – i to się nie zmieni

Liczby mówią same za siebie i są absolutnie porażające. Niemal 80 procent budynków mieszkalnych w Niemczech ogrzewanych jest przy użyciu oleju opałowego lub gazu ziemnego. To oznacza, że dotychczasowe prawo Zielonych próbowało z dnia na dzień przewrócić do góry nogami sposób funkcjonowania zdecydowanej większości niemieckich gospodarstw domowych.

Nowelizacja ustawy o energii budynków ma trafić do Bundestagu już na początku kwietnia. Koalicja nie kryje, że zależy jej na tempie – nowe przepisy mają wejść w życie już w lipcu 2026 roku. W przyjętym oświadczeniu rząd podkreślił dobitnie, że żadne zapisy nie będą zmuszać właścicieli do wymiany sprawnie działających systemów grzewczych.

To fundamentalna zmiana filozofii. Zamiast kija – marchewka. Zamiast przymusu – zachęty finansowe dla tych, którzy sami zdecydują się na ekologiczne rozwiązania. Nowe podejście ma stopniowo zwiększać udział paliw przyjaznych klimatowi, takich jak biometan, ale w tempie, które nie zrujnuje domowych budżetów. Do 2029 roku udział ekologicznych urządzeń w ofercie grzewczej ma wynieść co najmniej 10 procent, a do 2040 roku wzrosnąć trzykrotnie.

Ekolodzy biją na alarm – czy Niemcy właśnie pogrzebały swoje cele klimatyczne?

Nie wszyscy jednak klaszczą w dłonie. Opozycja i organizacje ekologiczne ostrzegają, że ta reforma może okazać się gwoździem do trumny niemieckich ambicji klimatycznych. Sektor budownictwa i transportu już teraz notuje katastrofalne wyniki w redukcji emisji CO2. Poluzowanie przepisów może ten problem tylko pogłębić.

Rząd zapewnia wprawdzie, że cel neutralności klimatycznej do 2045 roku pozostaje niezagrożony. Krytycy ripostują jednak pytaniem, które wisi w powietrzu jak chmura gradowa: skąd wezmą się wystarczające ilości ekologicznych paliw, jeśli popyt na nie gwałtownie wzrośnie? Biometan i inne zielone alternatywy to wciąż niszowe rozwiązania, których produkcja na masową skalę pozostaje wielkim znakiem zapytania.

Jedno jest pewne – Niemcy stoją na rozdrożu. Z jednej strony ambitne cele klimatyczne i presja międzynarodowa, z drugiej miliony obywateli, których po prostu nie stać na kosztowną rewolucję energetyczną w ich własnych domach. Reforma ustawy o energii budynków to próba pogodzenia ognia z wodą. Czy się uda? O tym przekonamy się dopiero za kilka lat, gdy opadnie kurz po politycznych bitwach, a twarde dane pokażą, czy Niemcy rzeczywiście zmierzają ku neutralności klimatycznej – czy tylko oddalają się od niej w wygodnym tempie.

Udostępnij to 👇