To, co wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami warszawskiej jednostki, mrozi krew w żyłach i sprawia, że włos jeży się na głowie każdemu, kto ufał mundurowym. Szokujące doniesienia o bestialskim ataku na młodą funkcjonariuszkę wstrząsnęły opinią publiczną, odsłaniając patologię, jaka toczyła się w cieniu policyjnych gabinetów. Marcin J., dotychczas szanowany dowódca, miał urządzić sobie piekło na ziemi dla bezbronnej 22-latki, a teraz wreszcie dosięgła go ręka sprawiedliwości.
Dziś wychodzą na jaw nowe, porażające fakty dotyczące tej odrażającej nocy, o których huczy cała stolica i środowisko policyjne. Bezwzględna decyzja przełożonych nie pozostawia złudzeń co do losu domniemanego oprawcy, a kulisy suto zakrapianej imprezy wołają o pomstę do nieba. Czytaj dalej, aby poznać przerażające szczegóły tego dramatu, bo ta sprawa to wierzchołek góry lodowej!
Koniec kariery „gwiazdora” w mundurze. Wyleciał z hukiem!
Marcin J. przez lata budował swoją pozycję w policji, dumnie nosząc mundur i wydając rozkazy innym, ale jego błyskotliwa kariera zakończyła się w atmosferze gigantycznego skandalu. Wystarczyła jedna noc, by z dowódcy stał się pariasem, którego nikt nie chce znać, a jego nazwisko stało się synonimem hańby dla całej formacji. Decyzja o jego losie zapadła błyskawicznie i była bezlitosna, co potwierdzają najnowsze ustalenia dziennikarzy śledczych, którzy dotarli do kulisów sprawy. Komendant stołeczny policji nie miał żadnych wątpliwości i jednym podpisem przekreślił 20 lat służby człowieka, który miał strzec prawa, a sam je brutalnie podeptał.
Zwolnienie ze służby to dopiero początek kłopotów byłego już komisarza, który z dniem 9 stycznia oficjalnie przestał być funkcjonariuszem policji. Rzecznik prasowy KSP, podkomisarz Jacek Wiśniewski, potwierdził te rewelacje, nie pozostawiając cienia wątpliwości co do stanowczości podjętych kroków. Wyrzucenie z pracy w trybie natychmiastowym to jasny sygnał dla wszystkich, że w szeregach policji nie ma miejsca na tak obrzydliwe zachowania, jakie zarzuca się Marcinowi J. Teraz były dowódca będzie musiał zmierzyć się z życiem cywila, choć wszystko wskazuje na to, że najbliższe lata spędzi w zupełnie innym, zakratowanym miejscu.
Wstrząs w warszawskim oddziale prewencji jest ogromny, a przełożeni dwoją się i troją, by zmyć plamę na honorze jednostki po tym potwornym incydencie. Trwają intensywne kontrole, które mają na celu prześwietlenie każdego zakamarka jednostki, by sprawdzić, czy nikt inny nie przymykał oka na alkoholowe libacje w miejscu pracy. Zarządzono masowe sprawdzanie trzeźwości kadry kierowniczej, bo zaufanie do dowódców zostało kompletnie zrujnowane przez wybryk jednego człowieka. Sprawa jest na tyle poważna, że włączyło się w nią samo MSWiA, wysyłając swoich inspektorów, by zrobili porządek z tym bagnem raz na zawsze.
Pijacka orgia i koszmar w gabinecie. 22-latka przeżyła piekło
Trudno wyobrazić sobie, co czuła młodziutka, zaledwie 22-letnia funkcjonariuszka, która dopiero zaczynała swoją przygodę z mundurem na stażu adaptacyjnym. Zamiast zdobywać doświadczenie i służyć obywatelom, stała się ofiarą swojego własnego przełożonego, który tej feralnej nocy postanowił urządzić sobie prywatną imprezę. Według ustaleń śledczych, Marcin J. wraz z innym dowódcą pili alkohol na terenie jednostki w Piasecznie, zupełnie nic sobie nie robiąc z regulaminu i powagi munduru. To, co wydarzyło się około godziny 3:30 nad ranem, to scenariusz rodem z najgorszego horroru, który na zawsze zmienił życie młodej kobiety.
Pijany dowódca miał wezwać do swojego gabinetu niczego nieświadomą podwładną, wykorzystując swoją pozycję władzy i autorytetu. Gdy dziewczyna weszła do środka, w pomieszczeniu nie było już nikogo innego, a Marcin J. miał zamknąć za nią drzwi i dopuścić się potwornego aktu gwałtu. Wykorzystał fakt, że była od niego zależna służbowo i prawdopodobnie sparaliżowana strachem przed starszym stopniem przełożonym. To odrażające wykorzystanie władzy wstrząsnęło nawet doświadczonymi prokuratorami, którzy na co dzień mają do czynienia z przestępcami, ale rzadko widują takie bestialstwo wewnątrz policji.
Szokujące jest również zachowanie sprawcy tuż po zdarzeniu, który jak gdyby nigdy nic pojechał do swojego domu, by odespać pijacką noc. Dopiero nad ranem, gdy skrzywdzona kobieta zgłosiła sprawę dyżurnemu, machina sprawiedliwości ruszyła z kopyta i zaczęło się polowanie na zwyrodnialca. Kiedy funkcjonariusze przywieźli go z powrotem na komendę po godzinie 7 rano, alkomat wciąż pokazywał u niego promile, co tylko potwierdza wersję o suto zakrapianej libacji. Nieoficjalnie mówi się o 1,5 promila alkoholu w organizmie Marcina J., co świadczy o tym, że w chwili ataku mógł być kompletnie zamroczony.
Kajdanki na rękach i widmo odsiadki. Głowy lecą jedna po drugiej!
Wymiar sprawiedliwości tym razem zadziałał błyskawicznie, nie dając byłemu komisarzowi żadnych szans na uniknięcie odpowiedzialności za swoje czyny. Prokuratura przedstawiła mu zarzuty gwałtu oraz innej czynności seksualnej, a sąd bez wahania zdecydował o umieszczeniu go w areszcie na trzy miesiące. Marcin J. zamienił wygodny fotel dowódcy na twardą pryczę w celi, gdzie będzie miał mnóstwo czasu na przemyślenie swojego upadku. Grozi mu kara, która może złamać życie każdemu – nawet 15 lat za kratami to perspektywa, która teraz realnie wisi nad byłym policjantem.
Skandal ten pociągnął za sobą lawinę dymisji, bo nikt na górze nie zamierza tolerować takiego braku nadzoru w kluczowej jednostce prewencji. Stanowisko stracił już bezpośredni przełożony Marcina J., młodszy inspektor Mariusz Kolasiński, co pokazuje, że nikt nie może czuć się bezpiecznie, gdy wybucha taka afera. Policja zapowiedziała również zwolnienie dowódcy plutonu, który tej nocy pił wódkę razem z oskarżonym, co jest jasnym sygnałem, że krycie kolegów się skończyło. Czyszczenie szeregów trwa w najlepsze, a atmosfera w warszawskiej policji jest gęsta, jak nigdy dotąd.
Śledztwo prowadzone przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie nabiera tempa i wszystko wskazuje na to, że akt oskarżenia trafi do sądu w ekspresowym tempie. Przesłuchano już kilkunastu świadków, a kluczowa będzie opinia biegłego psychologa, który oceni stan pokrzywdzonej funkcjonariuszki po tym traumatycznym przeżyciu. Prokuratorzy zapowiadają zamknięcie sprawy do końca marca, co oznacza, że wyrok może zapaść szybciej, niż ktokolwiek by przypuszczał. Opinia publiczna żąda surowej kary, a policja musi zrobić wszystko, by odzyskać zszargane zaufanie społeczeństwa po tym haniebnym incydencie.









