Tego nie spodziewał się nikt! Orlen właśnie ogłosił promocję, która może zaoszczędzić kierowcom nawet 35 groszy na każdym litrze paliwa. Brzmi jak sen? A jednak to prawda – tyle że diabeł tkwi w szczegółach.
W Polsce wrze od dyskusji o cenach na stacjach, a tymczasem paliwowy gigant rzuca kierowcom koło ratunkowe. Sprawdź koniecznie, co musisz zrobić, żeby nie przepuścić tej okazji – bo możesz stracić naprawdę spore pieniądze!
35 groszy taniej na litrze – ale tylko dla wybranych! Co trzeba zrobić, żeby załapać się na promocję?
Orlen nie bawi się w półśrodki i od czwartku 12 marca ruszył z akcją, która zelektryzowała polskich kierowców. Przez kolejnych osiem weekendów – aż do 3 maja włącznie – można tankować benzynę i olej napędowy w cenach obniżonych nawet o 35 groszy na litrze. Limit to 50 litrów na jedną transakcję, ale przy obecnych cenach to i tak realne oszczędności rzędu kilkunastu złotych za jedno tankowanie.
Ale uwaga – i tu zaczyna się to, o czym wielu kierowców nie ma pojęcia! Żeby zgarnąć pełne 35 groszy rabatu, nie wystarczy po prostu podjechać pod dystrybutor i zatankować. Trzeba mieć zainstalowaną aplikację ORLEN Vitay, aktywować specjalny kupon, a na dodatek zrobić zakupy z oferty pozapaliwowej za minimum 5 złotych. Dopiero wtedy cena spada o maksymalną kwotę.
A co jeśli ktoś nie chce kupować hot-doga ani kawy? Wtedy też jest rabat, ale znacznie skromniejszy – zaledwie 20 groszy na litrze po samej aktywacji kuponu. Wciąż lepiej niż nic, ale różnica między 20 a 35 groszami jest spora, szczególnie gdy tankuje się regularnie. Orlen najwyraźniej postanowił przy okazji podkręcić sprzedaż w swoich sklepikach – sprytne zagranie!
Prezes Orlenu mówi wprost – „zredukowaliśmy marżę niemal do zera”
Ireneusz Fąfara, prezes Orlenu, nie owija w bawełnę i wprost tłumaczy, dlaczego firma zdecydowała się na tak odważny krok. W oficjalnym komunikacie stwierdził, że misją koncernu jest zapewnianie Polakom najniższych możliwych cen paliw. Dodał, że w obliczu wojny na Bliskim Wschodzie, która wywołała niespotykany od dekad wzrost notowań ropy na światowych rynkach, Orlen nie zamierza czekać z założonymi rękami.
Te słowa brzmią wręcz rewolucyjnie jak na szefa koncernu paliwowego! Fąfara oznajmił bowiem, że marża detaliczna Orlenu została zredukowana „niemal do zera”. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że gigant praktycznie nie zarabia na sprzedaży paliwa na swoich stacjach. W czasach, gdy ceny na dystrybutorach biją rekordy, taka deklaracja to prawdziwa bomba.
Prezes zapewnił również, że promocja weekendowa to element szerszej strategii łagodzenia skokowego wzrostu cen. Jego zdaniem każdy kierowca w Polsce powinien mieć szansę na realne oszczędności. Pytanie tylko, jak długo Orlen będzie w stanie utrzymywać tak niskie marże – bo przecież żadna firma nie może w nieskończoność sprzedawać towaru za bezcen. Kierowcy jednak na razie zacierają ręce.
Tusk ostrzega – paliwa nie zabraknie, ale sytuacja jest napięta
Premier Donald Tusk zabrał głos w sprawie paliw i jego słowa mogą przyprawić o dreszcze. Podczas poniedziałkowego wystąpienia stwierdził, że dostawy są na razie zabezpieczone, mimo wyraźnego wzrostu zakupów na stacjach benzynowych. Brzmi uspokajająco? Tylko do momentu, gdy usłyszymy drugą część zdania – premier dodał bowiem, że „paliwa nie powinno w Polsce zabraknąć, ale oczywiście mówimy o perspektywie tygodni”.
Ta wypowiedź jasno pokazuje, jak poważna jest sytuacja geopolityczna i jak krucha jest równowaga na rynku paliwowym. Tusk podkreślił kategorycznie, że ani Orlen, ani żadna inna firma nie ma prawa zarabiać na kryzysie. Szef rządu zapowiedział, że władze szukają „ostrożnych narzędzi”, aby ceny paliw nie wystrzeliły ponad poziom obserwowany w krajach sąsiednich.
Premier nie ukrywał jednak, że cudów nie będzie – paliwo w Polsce nie będzie dwa razy tańsze niż u sąsiadów. Rząd zamierza natomiast pilnować, żeby nikt nie wykorzystywał trudnej sytuacji do windowania swoich zysków. To jasny sygnał dla całej branży paliwowej – państwo patrzy na ręce i nie zawaha się reagować, jeśli ktoś będzie próbował zarobić na strachu Polaków.
Wojna w Iranie wywróciła rynek do góry nogami – ceny ropy przebiły magiczną barierę
To, co dzieje się na światowych rynkach ropy, przypomina scenariusz z filmu katastroficznego. Od 28 lutego, kiedy rozpoczęła się wojna USA i Izraela z Iranem, ceny surowca poszybowały w kosmos. Teheran w akcie odwetu zablokował strategiczną Cieśninę Ormuz, przez którą przepływa aż 20 procent światowego handlu ropą naftową i gazem LNG. To jak zakręcenie gigantycznego kurka z paliwem dla całego globu.
W niedzielę 8 marca nastąpił moment, którego obawiał się cały świat – ceny ropy WTI i Brent przebiły psychologiczną granicę 100 dolarów za baryłkę. Ale to był dopiero początek koszmaru, bo notowania wspięły się następnie do poziomu blisko 120 dolarów za baryłkę. Takiego skoku cen nie widziano od lat i analitycy łapali się za głowy, próbując oszacować konsekwencje dla portfeli zwykłych konsumentów.
Iskierka nadziei pojawiła się dopiero w poniedziałek 9 marca, kiedy prezydent USA Donald Trump zapowiedział, że wojna z Iranem „wkrótce się skończy”. Na dodatek Trump zaskoczył świat deklaracją, że rozważa przejęcie Cieśniny Ormuz, co mogłoby na dobre odmienić układ sił na globalnym rynku energetycznym. Po tych słowach ceny ropy zaczęły spadać, ale sytuacja wciąż jest dynamiczna i nieprzewidywalna – a polscy kierowcy powinni korzystać z każdej okazji do tańszego tankowania, póki jest taka możliwość.









