Orlen zredukował marżę na diesla NIEMAL DO ZERA! Kierowcy nie wierzą w to, co widzą na dystrybutorach

Ceny paliw w Polsce szybują w górę jak nigdy wcześniej, a kierowcy łapią się za głowę przy każdym tankowaniu. Wojna na Bliskim Wschodzie wywróciła rynek ropy do góry nogami i baryłka, która jeszcze niedawno kosztowała niecałe 70 dolarów, nagle przeskoczyła granicę 100 dolarów.

Orlen w odpowiedzi na kryzys podjął bezprecedensową decyzję — zredukował swoją marżę na oleju napędowym praktycznie do zera! Ale to nie wszystko — koncern wyciągnął z rękawa promocję, dzięki której przez osiem weekendów zatankujesz nawet 35 groszy taniej na litrze. Sprawdź, co musisz zrobić, żeby skorzystać, zanim będzie za późno!

Marża spada do zera — Orlen podjął decyzję, która zaskoczyła wszystkich

To nie clickbait i nie marketingowy chwyt — Orlen oficjalnie potwierdził w komunikacie przesłanym PAP, że jego marża detaliczna na oleju napędowym została zredukowana „niemal do zera”. Jeszcze niedawno koncern zarabiał na każdym litrze diesla średnio 25 groszy ponad próg rentowności. Teraz te pieniądze zostają w kieszeniach kierowców, a nie na kontach paliwowego giganta.

Powód? Gwałtowny wzrost cen ropy na rynkach światowych, który przelał się na polskie stacje benzynowe z siłą tsunami. Orlen wprost przyznaje, że chodzi o skutki działań zbrojnych w Zatoce Perskiej i zablokowanie strategicznej Cieśniny Ormuz. Koncern najwyraźniej uznał, że dokładanie kierowcom kolejnych groszy do i tak astronomicznych rachunków za tankowanie byłoby wizerunkową katastrofą.

Prezes Orlenu Ireneusz Fąfara nie owijał w bawełnę — publicznie oświadczył, że firma „działa, by łagodzić skokowy wzrost cen”. Słowa prezesa brzmią jak deklaracja wojenna wypowiedziana rynkowym spekulantom. Pytanie tylko, jak długo koncern wytrzyma z marżą na poziomie zera i czy ta sytuacja nie uderzy w niego samego.

35 groszy rabatu na litrze — ale jest haczyk, o którym mało kto mówi

Orlen ogłosił promocję, która na pierwszy rzut oka wygląda jak manna z nieba dla polskich kierowców. Od 12 marca do 3 maja, przez osiem kolejnych weekendów, można kupić do 50 litrów benzyny lub diesla z rabatem sięgającym aż 35 groszy na litrze. Przy pełnym baku to oszczędność rzędu kilkunastu złotych — niby niewiele, ale przy obecnych cenach każda złotówka się liczy.

Ale zanim rzucisz się do dystrybutora z telefonem w ręku, przeczytaj drobny druk. Żeby zgarnąć pełne 35 groszy rabatu, musisz mieć zainstalowaną aplikację ORLEN Vitay, aktywować specjalny kupon i — uwaga — zrobić na stacji zakupy pozapaliwowe za minimum 5 złotych. Kanapka, kawa, hot-dog — cokolwiek, byle wyłożyć te pięć złotych przy kasie.

A jeśli nie chcesz kupować niczego poza paliwem? Wtedy rabat topnieje do 20 groszy na litrze. Wciąż to lepiej niż nic, ale różnica między 20 a 35 groszami pokazuje, że Orlen przy okazji sprytnie napędza sprzedaż w swoich sklepikach. Geniusz marketingowy czy cwany chwyt? Zdania są podzielone, ale kierowcy i tak ustawiają się w kolejkach.

Harmonogram promocji — zaznacz te daty w kalendarzu, bo przepadną bezpowrotnie

Orlen precyzyjnie rozpisał osiem weekendów promocyjnych i ani jednego dnia więcej. Pierwszy weekend rabatowy ruszył już 12 marca i potrwa do 15 marca. Kolejne terminy to 20-22 marca, 27-29 marca, a potem z przerwą na kwiecień: 3-6 kwietnia, 10-12 kwietnia, 17-19 kwietnia i 24-26 kwietnia.

Wielki finał zaplanowano na długi weekend majowy — od 30 kwietnia do 3 maja. To akurat idealny moment, bo wtedy tysiące Polaków rusza w podróże i zużycie paliwa tradycyjnie osiąga szczyt. Orlen najwyraźniej doskonale wie, kiedy kierowcy najbardziej potrzebują ulgi dla portfela.

Warto pamiętać, że limit zakupów promocyjnych to 50 litrów na weekend. Właściciele SUV-ów z wielkimi bakami mogą poczuć lekki zawód, ale dla przeciętnego kierowcy osobówki to spokojnie pełne tankowanie. Kto przegapi te daty, ten sam sobie winien — Orlen nie zapowiedział na razie przedłużenia akcji.

Wojna w Iranie wywróciła rynek ropy — ceny wystrzeliły jak z procy

To, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, brzmi jak scenariusz filmu akcji, ale niestety to brutalna rzeczywistość. Od 28 lutego Izrael i Stany Zjednoczone prowadzą naloty na Iran, a ten odpowiada ostrzałem Izraela i atakami na amerykańskie bazy wojskowe w regionie. Cieśnina Ormuz — krytyczny punkt na mapie światowego transportu ropy — została praktycznie zamknięta dla normalnego ruchu morskiego.

Efekt? Baryłka ropy Brent, która jeszcze przed eskalacją konfliktu kosztowała poniżej 70 dolarów, w poniedziałek nad ranem osiągnęła zawrotne 117 dolarów. Choć w ciągu dnia cena nieco spadła do okolic 104 dolarów, to wciąż mamy do czynienia ze wzrostem o blisko 50 procent w zaledwie kilkanaście dni. Takich skoków rynek ropy nie pamiętał od lat.

Zatory w eksporcie ropy z Zatoki Perskiej sprawiają, że na rynku panuje atmosfera niepewności i strachu. Przez Cieśninę Ormuz przepuszczane są głównie dostawy z samego Iranu, co jeszcze bardziej komplikuje sytuację. Analitycy ostrzegają, że jeśli konflikt się przedłuży, ceny mogą jeszcze rosnąć — a wtedy obecne rachunki za paliwo będziemy wspominać z nostalgią.

Premier Tusk uspokaja — ale z jednym poważnym zastrzeżeniem

Premier Donald Tusk w poniedziałek wyszedł przed kamery i powiedział to, co kierowcy chcieli usłyszeć: „Wojna w Iranie nie spowoduje, że w Polsce zabraknie paliwa.” Szef rządu wyraźnie podkreślił, że „nie ma w tej chwili powodu do niepokoju” i zaapelował o spokój. Polacy mogą odetchnąć — przynajmniej na chwilę.

Ale Tusk nie byłby sobą, gdyby nie dodał dyplomatycznego zastrzeżenia, które powinno zapalić czerwoną lampkę. Premier wprost przyznał, że mówi o sytuacji „w perspektywie tygodni” — a konsekwencji przedłużającej się wojny nikt nie jest w stanie przewidzieć. To zdanie mówi więcej niż cała reszta uspokajającego przemówienia.

Tymczasem Orlen potwierdził, że dostawy ropy do jego rafinerii realizowane są zgodnie z harmonogramem i nie są zagrożone. Koncern posiada rafinerie w Polsce, Czechach i na Litwie, co daje mu pewną elastyczność. Na bieżąco monitoruje rozwój sytuacji geopolitycznej, ale nikt nie wie, co przyniosą najbliższe tygodnie — i to właśnie ta niewiadoma budzi największy niepokój wśród kierowców, którzy już teraz zaczynają tankować „na zapas”.

Akcje Orlenu drżą — inwestorzy wstrzymują oddech

Giełda natychmiast zareagowała na wieści z Bliskiego Wschodu i decyzje Orlenu dotyczące marży. Kurs akcji koncernu w poniedziałek przypominał rollercoaster — wahał się między 116,66 zł a 120,38 zł za sztukę. Na koniec sesji papier zamknął się na poziomie 118,88 zł, co oznacza symboliczny spadek o zaledwie 0,1 procenta.

Z jednej strony inwestorzy mogą się cieszyć, że Orlen nie tąpnął na giełdzie pomimo rezygnacji z marży na diesla. Z drugiej strony rezygnacja z zysków na najpopularniejszym paliwie w Polsce to sygnał, że sytuacja jest naprawdę poważna. Orlen najwyraźniej stawia na utrzymanie wolumenu sprzedaży kosztem krótkoterminowych zysków.

Analitycy zwracają uwagę, że multienergetyczny koncern ma mocno zdywersyfikowany biznes — od rafinerii i sieci stacji paliw w siedmiu krajach, przez segment wydobywczy, po energetykę odnawialną i plany budowy małych reaktorów jądrowych SMR. Ta dywersyfikacja pozwala Orlenowi na gest wobec kierowców, ale pytanie brzmi: jak długo firma będzie w stanie finansować zerową marżę, jeśli ceny ropy utrzymają się na obecnym, kosmicznym poziomie?

Udostępnij to 👇