PILNE: Tusk WYWRACA stolik! Wielka awantura w rządzie, marzenia o rewolucji trafiły do KOSZA. „Tym razem nie będzie litości!”

Polska wstrzymała oddech, gdy premier wparował z decyzją, która zmienia absolutnie wszystko w układzie sił na politycznej szachownicy. To miał być koniec pewnej epoki na rynku pracy, ale Donald Tusk jednym gestem przekreślił miesiące pracy swoich ministrów, wywołując prawdziwą burzę na szczytach władzy i w gabinetach prezesów. Miliony Polaków pracujących na B2B oraz umowach zlecenie mogą wreszcie odetchnąć z ulgą, bo widmo przymusowych etatów właśnie rozpłynęło się w powietrzu.

Co dokładnie wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami i dlaczego szef rządu był aż tak bezwzględny dla tego projektu, nie zważając na krzyki związkowców? Koniecznie sprawdźcie, o co poszło w tej politycznej wojnie na górze, bo emocje sięgają już absolutnego zenitu!

Szok i niedowierzanie! Premier bezlitośnie miażdży plany koalicjantów

Jeszcze kilka dni temu wydawało się, że sprawa jest przesądzona, a nowa rewolucja lada moment zapuka do drzwi polskich firm. W kuluarach szeptano, że projekt przeszedł już najważniejsze etapy i nic nie jest w stanie go zatrzymać, co wywoływało gęsią skórkę u przedsiębiorców. Tymczasem Donald Tusk postanowił zrzucić polityczną bombę podczas konferencji w Paryżu, nie pozostawiając na przygotowanej ustawie suchej nitki. Jego nagła interwencja sprawiła, że misternie budowany plan runął jak domek z kart w zaledwie kilka sekund.

Szef rządu nie gryzł się w język i postawił sprawę w sposób, który nie znosi absolutnie żadnego sprzeciwu ze strony swoich podwładnych. Jasno zadeklarował, że temat reformy Państwowej Inspekcji Pracy w tym kształcie uważa za definitywnie zamknięty, ucinając wszelkie spekulacje. To był policzek dla tych, którzy liczyli na szybkie przeforsowanie zmian, a styl, w jakim premier to ogłosił, świadczy o ogromnym napięciu wewnątrz koalicji. Tusk pokazał, kto tak naprawdę rozdaje karty, nie zważając na konwenanse i wcześniejsze ustalenia resortowe.

Najciekawsze są jednak kulisy tej nagłej warty, o których plotkuje się na warszawskich salonach z wypiekami na twarzy. Mówi się, że Donald Tusk podczas spotkania z ministrami użył wyjątkowo „twardych” argumentów, a emocje w sali obrad sięgały sufitu. Premier miał dość eksperymentów, które mogłyby zaszkodzić gospodarce, dlatego osobiście zaciągnął hamulec ręczny, zanim rozpędzona maszyna urzędnicza zrobiła komuś krzywdę. Tak stanowcza reakcja lidera Platformy to jasny sygnał, że skończył się czas na miękką grę i testowanie cierpliwości wyborców.

Koniec polowania na „śmieciówki”? Urzędnicy nie wejdą ci z butami w życie

Największym straszakiem, który spędzał sen z powiek freelancerom i samozatrudnionym, była wizja wszechwładnego inspektora pracy decydującego o ich losie. Projekt zakładał, że urzędnik mógłby jednym podpisem zamienić twoją umowę B2B lub zlecenie na etat, nawet jeśli wcale byś tego nie chciał. To brzmiało jak scenariusz z najgorszego koszmaru, gdzie państwo lepiej wie, co jest dla ciebie dobre, kompletnie ignorując twoją wolę i plany zawodowe. Na szczęście premier dostrzegł ten absurd i postanowił ukrócić zapędy urzędników, zanim zdążyli narobić szkód.

Tusk w swojej argumentacji uderzył w same sedno problemu, punktując słabości proponowanych rozwiązań z chirurgiczną precyzją. Zauważył, że dawanie tak potężnej władzy urzędnikom mogłoby doprowadzić do katastrofy wielu małych i średnich firm, które są solą tej ziemi. Co więcej, szef rządu słusznie obawiał się, że zamiast mitycznej ochrony pracowników, taka reforma skończyłaby się masowymi zwolnieniami i chaosem na rynku. Jego obawy podzielało wielu ekspertów, którzy od dawna alarmowali, że leczenie dżumy cholerą to nie jest najlepszy pomysł na uzdrowienie rynku.

Decyzja premiera oznacza, że miliony Polaków ceniących sobie elastyczność mogą na razie spać spokojnie, nie martwiąc się o naloty kontrolerów. Wizja przymusowego uszczęśliwiania etatem, wbrew woli pracodawcy i pracownika, została odesłana do lamusa, przynajmniej na jakiś czas. To wielkie zwycięstwo zdrowego rozsądku nad biurokratyczną machiną, która chciała zaglądać nam do portfeli i umów z chorobliwą wręcz ciekawością. Tusk wyraźnie stanął po stronie swobody zawierania umów, co w dzisiejszych czasach wcale nie było takie oczywiste.

Wściekłość i ulga. Polska pękła na pół po decyzji szefa rządu

Reakcje na ten polityczny zwrot akcji są tak skrajne, jak tylko można sobie wyobrazić w gorącym polskim piekiełku. Organizacje biznesowe i przedsiębiorcy otwierają szampany, świętując uniknięcie regulacyjnego topora, który wisiał nad ich głowami od miesięcy. Dla nich decyzja Tuska to powiew normalności i dowód na to, że rząd jednak słucha głosu tych, którzy budują PKB tego kraju. Atmosfera w biurowcach i firmach zmieniła się z grobowej na euforyczną w zaledwie kilka godzin po paryskim wystąpieniu premiera.

Zupełnie inne nastroje panują w siedzibach związków zawodowych, gdzie słychać zgrzytanie zębów i głośne krzyki o wielkiej zdradzie ideałów. Związkowcy czują się oszukani, bo liczyli na potężne narzędzie do walki z tak zwanymi umowami śmieciowymi, a zostali z niczym. Dla lewej strony sceny politycznej i aktywistów pracowniczych to siarczysty policzek, który będzie piekł jeszcze bardzo długo. Otwarcie mówią o tym, że rząd ugiął się pod presją lobby biznesowego, zapominając o zwykłym człowieku, co zwiastuje kolejne konflikty.

W tle tej awantury pojawiają się też poważne wątpliwości prawne, o których głośno mówiło Rządowe Centrum Legislacji. Prawnicy wskazywali, że pomysły zawarte w projekcie mogły łamać Konstytucję, ograniczając wolność wyboru zawodu i swobodę gospodarczą. Wygląda na to, że projekt był dziurawy jak szwajcarski ser, a Tusk po prostu nie chciał firmować swoim nazwiskiem bubla prawnego. Ostatecznie „rewolucja” trafiła do kosza, a my jesteśmy świadkami jednego z najbardziej spektakularnych zwrotów akcji w tej kadencji.