Tego nie chcesz usłyszeć, ale musisz. Komisja Europejska właśnie opublikowła raport, który powinien odebrać sen z powiek każdemu Polakowi. Tempo, w jakim rośniemy w długi, nie ma precedensu w najnowszej historii naszego kraju.
Bilion złotych nowego zadłużenia w zaledwie dwa lata – to nie science fiction, to brutalna prognoza czołowych ekonomistów. Eksperci porównują naszą sytuację do Grecji sprzed kryzysu, a Ministerstwo Finansów milczy jak zaklęte. Przeczytaj, zanim będzie za późno – bo to, co nadchodzi, uderzy w portfel każdego z nas.
Bruksela uderza alarmem – Polska w gronie państw zagrożonych kryzysem
To, co jeszcze kilka lat temu brzmiało jak czarny scenariusz rodem z ekonomicznego horroru, właśnie staje się rzeczywistością. Raport Komisji Europejskiej „Debt Sustainability Monitor 2025″, opublikowany 12 lutego, rozłożył na czynniki pierwsze finanse publiczne wszystkich 27 państw Unii. Polska oficjalnie trafiła do grupy średniego ryzyka, ale diabeł tkwi w szczegółach – i to jakich szczegółach.
Nasz kraj znalazł się w towarzystwie, które powinno dać do myślenia nawet największym optymistom. Belgia, Grecja, Hiszpania, Francja, Włochy, Węgry – to nasi nowi „kompani” w rankingu zadłużeniowego zagrożenia. Wszystkie te państwa łączy ten sam toksyczny koktajl: rosnący dług, starzejące się społeczeństwo i ogromna wrażliwość na zmiany stóp procentowych. Brzmi znajomo?
Ale uwaga – to, co naprawdę przeraża ekspertów, to nie sama pozycja Polski w rankingu, lecz dynamika narastania zobowiązań. Spośród wszystkich krajów zakwalifikowanych do grupy średniego ryzyka, to właśnie Polska bije rekordy w tempie powiększania długu. Żadne inne państwo w tej kategorii nie zadłuża się tak szybko jak my. I to jest powód, dla którego ekonomiści coraz głośniej biją na alarm.
Miliard złotych pożyczki dziennie – te cyfry przyprawiają o zawrót głowy
Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton i ekspert Business Centre Club, przedstawił wyliczenia, które mogą przyprawić o gęsią skórkę. W latach 2025–2026 polskie zadłużenie urośnie o niemal bilion złotych. Bilion – to słowo, które jeszcze dekadę temu brzmiało abstrakcyjnie w kontekście polskich finansów. Dziś oznacza konkretną rzeczywistość: 940 milionów złotych nowego długu każdego dnia.
Bruksela prognozuje, że relacja polskiego długu publicznego do PKB może wystrzelić do poziomu 107 procent już w 2036 roku. Dla tych, którzy nie śledzą ekonomicznych wskaźników – to wartość, która kojarzy się z jednym krajem i jednym słowem: Grecja. Deficyty budżetowe na lata 2025–2027, sięgające 6–7 procent PKB, działają jak paliwo rakietowe dla tej spirali zadłużenia. Same koszty obsługi długu już teraz pochłaniają ponad 2 procent PKB.
A co będzie jutro? Mrowiec nie owija w bawełnę – jeśli obecne tempo się utrzyma, do 2030 roku dług publiczny przekroczy 4 biliony złotych. Roczne koszty samych odsetek mogą sięgnąć nawet 300 miliardów złotych. Wyobraź sobie, że gigantyczna część twoich podatków idzie nie na szkoły, szpitale czy drogi, ale wyłącznie na spłatę odsetek od pożyczek zaciągniętych przez państwo. Ekonomista dodaje coś jeszcze bardziej przerażającego – do poziomu 107 procent PKB prawdopodobnie nigdy nie dojdziemy, bo wcześniej wybuchnie pełnowymiarowy kryzys zadłużeniowy.
Rząd ma plan, ale czy to wystarczy? Porównanie z Niemcami mówi samo za siebie
Ministerstwo Finansów nie siedzi z założonymi rękami – przynajmniej oficjalnie. Krajowa Strategia Zarządzania Długiem na lata 2025–2028 zakłada przeniesienie ciężaru finansowania na rynek krajowy i ograniczenie zadłużenia zagranicznego do maksymalnie 25 procent. Wiceminister finansów Jurand Drop tłumaczy, że takie podejście chroni przed nagłym odpływem kapitału i wahaniami kursowymi. Brzmi rozsądnie, ale to trochę jak zakładanie kamizelki ratunkowej na Titanicu.
Bo jest jeden wskaźnik, który bezlitośnie obnaża prawdę o tym, jak świat postrzega polską wiarygodność finansową. Polskie dziesięcioletnie obligacje skarbowe oferują obecnie około 5,6 procent, podczas gdy niemieckie odpowiedniki – zaledwie 2,2 procent. Ta różnica 3,4 punktu procentowego to nie suchy numer – to konkretny cennik ryzyka, jakie inwestorzy przypisują Polsce w porównaniu z Niemcami. Im większa ta przepaść, tym drożej pożyczamy i tym szybciej kręci się karuzela zadłużenia.
Profesor Paweł Wojciechowski, prezes Instytutu Finansów Publicznych, próbuje studzić emocje – Polska ma własną walutę, finansuje się stabilnie i nie stoi przed groźbą nagłej utraty płynności, jak kiedyś Grecja. Ale nawet on przyznaje, że rosnące koszty obsługi długu to mniej pieniędzy na inwestycje, innowacje i transformację energetyczną. Dodajmy do tego gigantyczne wydatki na obronność, które choć absolutnie konieczne w obecnej sytuacji geopolitycznej, jeszcze bardziej ograniczają budżetową elastyczność. Koło się zamyka.
Grecki scenariusz wisi nad Polską – historia, której nikt nie chce powtórzyć
Każdy, kto pamięta to, co działo się w Grecji w latach 2009–2012, wie, że kryzys zadłużeniowy to nie abstrakcyjne pojęcie z podręcznika ekonomii. Dług publiczny Hellady wystrzelił ze 127 do 180 procent PKB, inwestorzy masowo wycofali się z kraju, a Ateny musiały błagać o międzynarodową pomoc. Efekt? Drastyczne cięcia emerytur, zamrożenie pensji, masowe bezrobocie i lata recesji, które na trwałe zmieniły życie milionów ludzi. To ostrzeżenie, które powinno wisieć w ramce w każdym polskim ministerstwie.
Oczywiście Polska w 2026 roku to nie Grecja z 2009. Mamy własną walutę, co daje nam narzędzia, których Grecy – uwięzieni w strefie euro – nie mieli. Mamy stosunkowo stabilny system finansowy i gospodarkę, która wciąż rośnie. Ale trajektoria zadłużenia jest niepokojąco podobna do tej, którą przeszły kraje południa Europy na początku swojej drogi ku kłopotom. A jak wiadomo – problemy z długiem nie zaczynają się od eksplozji, lecz od powolnego, systematycznego dryfowania w stronę przepaści.
Ekonomiści podkreślają, że najtrudniejsze w kryzysach zadłużeniowych jest to, że przez długi czas wszystko wygląda na „pod kontrolą” – aż nagle przestaje. Moment, w którym rynki finansowe tracą zaufanie do danego kraju, przychodzi często błyskawicznie i bez zapowiedzi. Jedno obniżenie ratingu kredytowego, jedna nieudana emisja obligacji, jeden globalny szok ekonomiczny – i cała konstrukcja może runąć jak domek z kart. Pytanie nie brzmi, czy Polska jest na to odporna, ale jak długo ta odporność jeszcze potrwa.
Recepta na ratunek istnieje – ale wymaga odwagi, której politycy nie mają
Raport „Budżetowy SOS”, opublikowany w styczniu 2026 roku przez Forum Obywatelskiego Rozwoju i Warsaw Enterprise Institute, to najbardziej konkretna mapa drogowa wyjścia z zagrożenia, jaką dotąd przedstawiono. Autorzy twierdzą, że stabilizacja finansów publicznych jest realna w perspektywie trzech–czterech lat. Warunek? Natychmiastowe i zdecydowane działanie, a nie polityczne przepychanki i odkładanie trudnych decyzji na po wyborach. Tylko że w polskiej polityce „natychmiastowe działanie” to pojęcie tak egzotyczne jak śnieg na Saharze.
Lista proponowanych reform czyta się jak katalog politycznych samobójstw wyborczych. Wprowadzenie kryteriów dochodowych do programu 800+, podniesienie wieku emerytalnego do 67 lat dla obu płci, wygaszanie nieefektywnych programów socjalnych, częściowa prywatyzacja aktywów państwowych. Do tego redukcja deficytu o około 1 procent PKB rocznie, centralizacja dodatków mieszkaniowych i energetycznych oraz uszczelnienie systemu podatkowego. Każdy z tych punktów to potencjalna bomba polityczna, którą żaden rząd nie chce odpalić przed wyborami.
Marcin Mrowiec stawia fundamentalne pytanie, którego politycy unikają jak ognia – jaki model państwa chcemy mieć? Czy Polskę z wysokimi świadczeniami, ale i wysokimi podatkami, czy kraj z niższymi daninami, lecz mniejszym zakresem usług publicznych? Obecnie panuje złudne przekonanie, że da się jednocześnie finansować rozbudowane programy socjalne i masowe nakłady na zbrojenia, nie płacąc za to żadnej ceny. Sam tegoroczny przyrost długu ma wynieść blisko 390 miliardów złotych – ponad miliard pożyczany każdego dnia. Takie tempo jest jak jazda rozpędzonym samochodem prosto w ścianę.
Ministerstwo milczy, a zegar tyka – co czeka Polaków?
Najbardziej wymownym elementem całej tej sytuacji jest cisza ze strony Ministerstwa Finansów. Resort został poproszony o komentarz do unijnego raportu, lecz dotychczas nie przedstawił żadnego stanowiska. W normalnych okolicznościach milczenie resortu odpowiedzialnego za państwową kasę w obliczu tak poważnych ostrzeżeń z Brukseli byłoby niezrozumiałe. W obecnych – jest wręcz niepokojące. Bo jeśli nawet ci, którzy trzymają rękę na budżetowym pulsie, nie potrafią lub nie chcą się odnieść do alarmujących prognoz, to kto to zrobi?
Bez reform perspektywa ustabilizowania finansów przesunie się o dekadę lub więcej. Polska stanie się łatwym celem dla spekulantów rynkowych, którzy zarabiają na krajach tonących w długach. Presja agencji ratingowych, rosnące koszty obsługi zadłużenia i nieuchronna konieczność podwyżek podatków lub drastycznych cięć wydatków – to nie kwestia „czy”, ale „kiedy”. A kiedy ten moment nadejdzie, rachunek zapłacą nie politycy i nie ekonomiści, lecz zwykli obywatele – w postaci wyższych cen, niższych emerytur i gorszych usług publicznych.
Czas na decyzje kurczy się z każdym dniem, a każdy dzień zwłoki to kolejny miliard złotych nowego długu dopisany do rachunku, który ostatecznie przyjdzie zapłacić nam wszystkim. Eksperci dają Polsce maksymalnie trzy–cztery lata na podjęcie realnych działań naprawczych. Potem może być po prostu za późno. Pytanie, które powinien sobie zadać każdy obywatel, brzmi: czy nasi politycy znajdą odwagę, by podjąć niepopularne decyzje teraz – czy wolą czekać, aż kryzys sam zapuka do drzwi?









