**To miała być zwykła, spokojna noc w nadmorskim kurorcie. Nikt nie spodziewał się, że ciszę klatki schodowej rozetną krzyki, a pod drzwiami jednego z mieszkań rozegra się dramat, który na zawsze zostanie w pamięci sąsiadów.
Krew, nóż, dzieci i desperacka walka o życie — to nie scenariusz thrillera, a przerażająca rzeczywistość z Ustki.
Świadkowie mówią wprost: to był koszmar, którego nie da się „odzobaczyć”.
Czytaj dalej, bo ta relacja ściska za gardło i pokazuje, jak cienka jest granica między normalnością a tragedią.
Spokojny blok zamienił się w miejsce horroru. „Usłyszeliśmy krzyki i wiedzieliśmy, że stało się coś strasznego”
Wszystko wydarzyło się wieczorem, kiedy większość mieszkańców szykowała się już do snu. Nagle ciszę przerwały przeraźliwe krzyki dobiegające z jednego z mieszkań. Ludzie wołali o pomoc, krzyczeli, że ktoś ma nóż i że w środku są dzieci.
Pani Julia, mieszkanka bloku przy ul. Bałtyckiej, do dziś ma dreszcze, gdy o tym opowiada. Jej mąż nie zastanawiał się ani chwili i pobiegł na górę, by pomóc. Nie wiedzieli, z czym dokładnie mają do czynienia, ale instynkt kazał działać.
Klatka schodowa w jednej chwili przestała być bezpiecznym miejscem. Stała się areną dramatu, który rozgrywał się dosłownie kilka metrów od ich drzwi. Sąsiedzi patrzyli na siebie z przerażeniem, nie wierząc, że to dzieje się naprawdę.
„Mój mąż ryzykował życie”. Próba ratunku, która mogła skończyć się tragedią
Drzwi do mieszkania były otwarte, a widok w środku przyprawiał o mdłości. Mężczyzna z nożem atakował kobietę, a krew była wszędzie. Mąż pani Julii chwycił pierwszy lepszy przedmiot — wazon — i uderzył napastnika w głowę.
Nic to jednak nie dało. Agresor był jak w amoku, jakby nie czuł bólu ani strachu. Inni domownicy próbowali go powstrzymać krzesłem, ale i to nie przyniosło efektu. Każda sekunda była walką o życie, a chaos narastał.
W końcu strach o własne bezpieczeństwo wziął górę. Mąż pani Julii musiał się wycofać, choć wiedział, że za drzwiami wciąż rozgrywa się dramat. To była jedna z najtrudniejszych decyzji w jego życiu.
Krew na klatce i dramat pod drzwiami. „Reanimowali dziewczynkę prawie godzinę”
Gdy kobieta wyszła na klatkę, zobaczyła widok, który będzie ją prześladował do końca życia. Zakrwawiona kobieta leżała na podłodze, a ślady krwi prowadziły aż pod ich drzwi. Powietrze było ciężkie od krzyków, płaczu i paniki.
Najgorsze jednak dopiero miało nadejść. Małą dziewczynkę wyniesiono na klatkę schodową i rozpoczęła się dramatyczna walka o jej życie. Przez niemal godzinę ratownicy reanimowali dziecko dosłownie pod drzwiami sąsiadów.
„Nigdy tego nie zapomnę” — mówi pani Julia ze łzami w oczach. Ten obraz wraca do niej nocami, nie daje spać i sprawia, że zwykłe odgłosy klatki schodowej wywołują panikę.
Nóż, dzieci i funkcjonariusz SOP. Szokujące kulisy tragedii w Ustce
Jak się później okazało, napastnikiem był 44-letni funkcjonariusz SOP. Informacja ta wstrząsnęła mieszkańcami jeszcze bardziej. Człowiek, który powinien stać na straży bezpieczeństwa, miał zaatakować własną rodzinę.
Policja potwierdziła, że mężczyzna ranił nożem pięcioro członków rodziny oraz siebie. Czteroletniej dziewczynki nie udało się uratować, mimo długiej i dramatycznej reanimacji. Pozostali ranni trafili do szpitali.
Śledztwo trwa, a prokuratura bada wszystkie okoliczności tej tragedii. Mieszkańcy bloku zadają sobie jedno pytanie: jak mogło dojść do czegoś tak strasznego w miejscu, które miało być bezpiecznym schronieniem?
„Myślałam, że to zły sen”. Trauma, która zostanie na zawsze
Pani Julia przyznaje, że do dziś trudno jej uwierzyć w to, co się wydarzyło. Chwilami ma wrażenie, że to był tylko koszmar, z którego zaraz się obudzi. Niestety, rzeczywistość brutalnie przypomina o sobie każdego dnia.
Najbardziej porusza ją myśl o dzieciach. Jedno z nich, starszy chłopiec, zdołało uciec i choć było ranne, wyszło z budynku o własnych siłach. Ten obraz kontrastuje z tragedią czteroletniej dziewczynki, której życia nie udało się uratować.
To wydarzenie na zawsze zmieniło życie świadków. Spokojny blok przy ul. Bałtyckiej już nigdy nie będzie taki sam, a mieszkańcy zgodnie mówią: takiego dramatu nie da się zapomnieć.









