To, co dzieje się w polskich urzędach pracy, przyprawia o dreszcze. Tysiące ludzi słyszą jedno krótkie zdanie: „Proszę się nie zgłaszać, bo i tak niczego nie dostanie”. Rządowe cięcia sięgają nawet 87 procent, a desperacja narasta z każdym dniem.
Tymczasem na koncie Funduszu Pracy leży rekordowe 28 miliardów złotych — pieniądze, które miały pomagać właśnie tym ludziom. Dlaczego rząd je trzyma pod kluczem? Przeczytaj, bo ta historia dotyczy każdego z nas — także ciebie i twoich bliskich.
Jarosław chciał otworzyć firmę. Usłyszał trzy słowa, które go załamały
Kiedy Jarosław z Małopolski przekraczał próg swojego Powiatowego Urzędu Pracy, miał w głowie konkretny plan. Chciał wziąć dotację na własną działalność gospodarczą i w końcu wyrwać się z błędnego koła bezrobocia. Przygotował dokumenty, przemyślał biznesplan, czuł, że jest gotowy na nowy start.
Urzędniczka nawet nie otworzyła jego teczki. Spojrzała na niego znad biurka i powiedziała krótko: „W tym roku pieniędzy nie będzie”. Jarosław stał jeszcze chwilę, nie wierząc w to, co słyszy, a potem wyszedł na korytarz, gdzie czekały kolejne osoby z identyczną nadzieją w oczach. Każda z nich usłyszała to samo.
Ta scena powtarza się dziś w urzędach pracy od Zakopanego po Suwałki. Dyrektorzy placówek mówią już o tym otwarcie, bo nie mają nic do stracenia. Szef jednego z małopolskich urzędów przyznaje, że nie jest w stanie zaoferować ani dotacji, ani prac interwencyjnych, ani nawet porządnych staży — te skróciły się z sześciu miesięcy do trzech. Młodzi ludzie, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy, mogą zapomnieć o szkoleniach podnoszących kwalifikacje.
Cięcia o 40 procent w skali kraju — ale to dopiero początek koszmaru
Liczby, które wyciekły z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, wyglądają jak scenariusz z horroru budżetowego. W ustawie na rok 2026 zapisano 2,1 miliarda złotych na aktywizację bezrobotnych. Rok wcześniej było to 3,6 miliarda. Różnica wynosi niemal półtora miliarda złotych — to spadek o ponad 40 procent w skali całego kraju.
Ale średnia krajowa to jedno, a regionalne realia — zupełnie co innego. Bo o ile czterdziestoprocentowe cięcie brzmi brutalnie, to w niektórych powiatach sytuacja jest kilkukrotnie gorsza. Tam redukcje sięgają 80, a nawet 87 procent, co w praktyce oznacza jedną rzecz — urzędy pracy istnieją już tylko na papierze. Mogą rejestrować bezrobotnych, ale nie mają im absolutnie nic do zaoferowania.
Eksperci od rynku pracy łapią się za głowy i mówią wprost, że to najgłębsze cięcia od lat. Samorządowcy piszą apele, rady powiatów przyjmują stanowiska, konwenty powiatowe ostrzegają przed katastrofą. A internauci w komentarzach zadają jedno proste pytanie, na które nikt nie potrafi im sensownie odpowiedzieć: jak to jest możliwe, że w szóstej gospodarce Unii Europejskiej zabrakło pieniędzy dla ludzi bez pracy?
Warmia i Mazury na kolanach — 84 procent mniej i pustka w kasie
Jeśli szukać epicentrum tego kryzysu, strzałka na mapie wskazuje jednoznacznie na północny wschód Polski. Województwo warmińsko-mazurskie zostało potraktowane najbrutalniej ze wszystkich regionów. Urzędy pracy w tym województwie otrzymały średnio o 82 procent mniej środków niż rok wcześniej. To nie jest cięcie — to jest amputacja.
Powiat węgorzewski jako jeden z pierwszych podniósł alarm na poziomie formalnym. Rada powiatu przyjęła oficjalne stanowisko, bo skala problemu nie pozwalała już na dyplomatyczne półsłówka. Finansowanie miejscowego urzędu pracy spadło z około 1,2 miliona złotych do zaledwie 195 tysięcy złotych — spadek o 84 procent. Wicestarosta Robert Nowacki mówi wprost, że już w drugim kwartale roku kasa będzie pusta.
Ale to nie koniec złych wiadomości z tego regionu. Wójt gminy Barciany Marta Kamińska poinformowała mieszkańców o czymś, co wielu z nich odebrało jak policzek — w 2026 roku nie będzie ani robót publicznych, ani prac społeczno-użytecznych. Dla wielu osób w tej części Polski to były jedyne dostępne formy aktywności zawodowej, jedyna szansa na powrót do normalności. Konwent Powiatów Województwa Warmińsko-Mazurskiego wystosował ostrzeżenie przed poważnym zagrożeniem dla stabilności całego regionalnego rynku pracy.
Lubelszczyzna i Małopolska w szoku — spadki, które trudno ogarnąć
To, co stało się na Lubelszczyźnie, przechodzi ludzkie pojęcie. Wojewódzki Urząd Pracy w Lublinie, obsługujący największy region wschodniej Polski, dostał w tym roku 16,8 miliona złotych. Rok wcześniej miał do dyspozycji 122,1 miliona. Kalkulator nie kłamie — to cięcie o ponad 83 procent, które sparaliżowało cały system pomocy bezrobotnym w regionie.
Ale prawdziwy rekord niechlubności padł w Zamościu. Tamtejszy Powiatowy Urząd Pracy otrzymał zaledwie 1,5 miliona złotych, podczas gdy w roku ubiegłym dysponował kwotą 11,6 miliona. Spadek o 87 procent — najwyższy w całej Polsce. Rzecznik WUP w Lublinie Katarzyna Link potwierdza, że instytucje podjęły formalne kroki, domagając się zwiększenia finansowania, ale na razie bez żadnego skutku.
W Małopolsce dramat ma twarz konkretnego człowieka — dyrektora PUP w Limanowej Marka Młynarczyka, który nie kryje emocji. Mówi wprost o „prawdziwym szoku”, gdy zobaczył, ile pieniędzy dostał na ten rok. Z 14,5 miliona złotych zostało mu raptem około 3 milionów — spadek o 79 procent. Dla małopolskich bezrobotnych to oznacza jedną, brutalną rzeczywistość: muszą radzić sobie sami, bo państwo właśnie się od nich odwróciło.
28 miliardów złotych leży na koncie Funduszu Pracy — i nikt ich nie rusza
Teraz dochodzimy do momentu, w którym ta historia zmienia się z dramatycznej w absurdalną. Fundusz Pracy — instytucja powołana do życia jeszcze w 1933 roku, finansowana wyłącznie ze składek pracodawców — na koniec 2026 roku będzie miał na koncie rekordowe 28 miliardów złotych. Dwadzieścia osiem miliardów. Na aktywizację bezrobotnych rząd postanowił przeznaczyć z tego niecałe 2,1 miliarda — czyli niespełna jedną dziesiątą.
Były dyrektor jednego z Wojewódzkich Urzędów Pracy, który zgodził się skomentować sytuację, nie przebiera w słowach. Zwraca uwagę, że to nie są pieniądze z podatków — to składki pracodawców, którzy płacą je po to, by ich pracownicy mieli wsparcie w razie utraty zatrudnienia. Stawia pytanie, które powtarza dziś pół Polski: czy rząd zamierza przeznaczyć te pieniądze na coś zupełnie innego? Porównuje potencjalny scenariusz do głośnego przejęcia środków z OFE, które do dziś budzi kontrowersje.
Szczególnie pikantny jest fakt polityczny. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej jest kierowane przez przedstawicielkę Lewicy — formacji, która od lat budowała swój wizerunek na obronie praw pracowniczych i najsłabszych. Teraz to właśnie pod jej szyldem bezrobotni tracą realne wsparcie, a miliardy ze składek pracodawców leżą nietknięte jak złoto w skarbcu, do którego nikt nie ma klucza — albo raczej nikt nie chce go użyć.
Wielkopolska też cierpi, a urzędnicy ostrzegają przed szarą strefą
Ktoś mógłby pomyśleć, że problem dotyczy wyłącznie biedniejszych regionów wschodu i północy Polski. Nic bardziej mylnego. Nawet w Wielkopolsce — jednym z najzamożniejszych województw, z bezrobociem na poziomie zaledwie 1,4 procent w Poznaniu — cięcia wyniosły solidne 50 procent. To połowa środków mniej w regionie, który teoretycznie radzi sobie na rynku pracy najlepiej w kraju.
Urzędnicy z Wielkopolski zwracają uwagę na dodatkowy paradoks, który sprawia, że cała sytuacja wygląda jeszcze bardziej groteskowo. Nowa ustawa o rynku pracy, uchwalona w połowie 2025 roku, wprowadziła możliwość łączenia różnych form aktywizacji — na przykład prac interwencyjnych ze szkoleniami. Takie rozwiązanie z definicji wymaga większych nakładów finansowych, bo programy są bardziej złożone i kompleksowe. Tymczasem budżet nie tylko nie wzrósł, ale został brutalnie przycięty.
Pracownicy urzędów pracy ostrzegają przed konsekwencjami, których nie da się cofnąć jednym podpisem pod budżetową poprawką. Wzrost bezrobocia to tylko wierzchołek góry lodowej — prawdziwym zagrożeniem jest masowy odpływ ludzi do szarej strefy. Onet skierował do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej szczegółowe pytania dotyczące tych cięć. Do momentu publikacji resort nie udzielił odpowiedzi — biuro prasowe zapewniło jedynie, że nastąpi to „możliwie najszybciej”. Bezrobotni w całej Polsce czekają, ale chyba już niewiele osób wierzy, że odpowiedź zmieni cokolwiek w ich codziennym życiu.
Źródło: Onet, RMF24









