SKANDAL w Krakowie! Władza pławi się w luksusach za NASZE pieniądze? Ujawniono GIGANTYCZNE przelewy dla „grubych ryb”!

Kraków wrze, a mieszkańcy łapią się za głowy, widząc kwoty, które właśnie wypłynęły z miejskiego ratusza! Podczas gdy zwykli obywatele zaciskają pasa i martwią się rosnącymi kosztami życia, elita krakowskich spółek inkasuje sumy, o jakich nam się nawet nie śniło. To, co odkrył jeden z dociekliwych radnych, dosłownie zwala z nóg i obnaża prawdę o finansowych priorytetach pod Wawelem.

Czy w najbardziej zadłużonym mieście w Polsce wypada rozdawać takie kosmiczne „prezenty” z publicznej kasy? Sprawdź szokującą listę płac i dowiedz się, na co dokładnie idą Twoje ciężko zarobione podatki – te liczby doprowadzą Cię do prawdziwej wściekłości!

Afera na szczycie władzy! Radny przerywa milczenie i pokazuje „kwity” na miliony

Mieszkańcy stolicy Małopolski przecierają oczy ze zdumienia, bo informacja o finansowym eldorado w miejskich spółkach uderzyła jak grom z jasnego nieba. Wszystko wyszło na jaw tylko dlatego, że radny Łukasz Gibała postanowił zadać niewygodne pytanie i sprawdzić, ile tak naprawdę zarabia się na państwowym garnuszku. Odpowiedź z ratusza, zamiast uspokoić nastroje, dolała oliwy do ognia i wywołała istną burzę w mediach społecznościowych. Okazuje się, że zarządzanie miejskim majątkiem to w Krakowie prawdziwa żyła złota, dostępna tylko dla wybranych.

Suma, o której mowa, jest wręcz astronomiczna i trudno w nią uwierzyć przeciętnemu zjadaczowi chleba. Łącznie na same dodatkowe nagrody – podkreślamy, to tylko „dodatki” do i tak wysokich pensji – wydano blisko 3 miliony złotych! Dokładnie 2 953 676 złotych popłynęło szerokim strumieniem na konta prezesów i członków zarządów, którzy najwyraźniej nie muszą martwić się inflacją. Te pieniądze nie spadły z nieba, lecz pochodzą bezpośrednio z kieszeni każdego krakowskiego podatnika, co budzi uzasadniony gniew.

Wiceprezydent Stanisław Mazur, który przedstawił te szokujące dane, tłumaczy wszystko procedurami i skomplikowanymi przepisami. Twierdzi się, że premie są uzależnione od wyników i zostały wypłacone zgodnie z prawem po zatwierdzeniu sprawozdań finansowych spółek. Jednak dla mieszkańców, którzy stoją w korkach lub płacą wysokie rachunki za media, te tłumaczenia brzmią jak ponury żart. Władze miasta przekonują, że wszystko jest „w porządku”, ale czy moralne jest wypłacanie fortuny, gdy miasto tonie w długach?

Królowie życia za publiczne pieniądze? Wodociągi i MPEC rozbiły bank!

Jeśli myślicie, że 3 miliony to tylko sucha liczba, to usiądźcie wygodnie, bo szczegóły przyprawiają o zawrót głowy. Absolutnymi rekordzistami w tym wyścigu po miejską kasę okazali się włodarze Wodociągów Miasta Krakowa, którzy zgarnęli prawdziwą fortunę. Sam prezes tej spółki zainkasował jednorazowo niemal 115 tysięcy złotych ekstra, co dla wielu Polaków stanowi równowartość kilku lat ciężkiej pracy. Ale to nie koniec, bo każdy z pięciu członków zarządu również przytulił po ponad 100 tysięcy, co łącznie daje porażającą kwotę ponad 660 tysięcy złotych tylko w tej jednej firmie!

Niewiele gorzej powodzi się szefostwu Miejskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej oraz Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania. Tam prezesi również mogą pochwalić się przelewami opiewającymi na blisko 115 tysięcy złotych, co pokazuje, że ciepło i śmieci to niezwykle dochodowy biznes dla zarządzających. Członkowie zarządów w tych spółkach nie zostali w tyle i także otrzymali sowite przelewy, przekraczające magiczną barierę stu tysięcy złotych „na rękę”. Wygląda na to, że w miejskich spółkach panuje zasada „czy się stoi, czy się leży”, gigantyczna premia się należy, a kurek z pieniędzmi jest odkręcony na maksa.

Na liście płac nie mogło zabraknąć również Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego, które na co dzień wozi krakowian do pracy i szkoły. Prezes MPK otrzymał ponad 103 tysiące złotych nagrody, a jego współpracownicy z zarządu niewiele mniej, bo po 98 tysięcy złotych każdy. Łącznie zarząd odpowiedzialny za tramwaje i autobusy wzbogacił się o blisko 400 tysięcy złotych, co brzmi groteskowo w obliczu ciągłych narzekań na stan taboru czy ceny biletów. Pieniądze popłynęły też do włodarzy Areny Kraków i Krakowskiego Holdingu Komunalnego, udowadniając, że miejska kasa jest wyjątkowo hojna dla swoich zarządców.

Absurd goni absurd! Płacimy krocie za „trwanie na stołku” w zadłużonym mieście

Najbardziej bulwersujący wydaje się jednak przypadek spółki Trasa Łagiewnicka, co bezlitośnie wypunktował radny Gibała w swoim wpisie w Internecie. Choć sama budowa trasy zakończyła się już ponad trzy lata temu, prezes spółki wciąż trwa na stanowisku i czerpie z tego tytułu ogromne profity. Za samo „trwanie na posterunku” otrzymał w zeszłym roku skromny dodatek w wysokości 68 tysięcy złotych, co wielu komentatorów nazywa jawną kpiną z gospodarności. To idealny przykład na to, jak w Krakowie tworzy się finansowe eldorado dla wybranych, nawet gdy cel istnienia spółki wydaje się już dawno zrealizowany.

Władze miasta bronią się rękami i nogami, twierdząc, że premie to standardowy element wynagrodzenia menedżerskiego i nie mogą przekroczyć 25 procent rocznej pensji. Podkreślają, że wszystko odbywa się zgodnie z uchwałami i po uzyskaniu absolutorium, co ma zamykać usta krytykom. Jednak suche przepisy prawa to jedno, a społeczne poczucie sprawiedliwości to zupełnie inna sprawa, zwłaszcza w czasach kryzysu. Mieszkańcy czują się oszukani, widząc, jak lekką ręką wydawane są ich pieniądze, podczas gdy miasto boryka się z gigantycznym zadłużeniem.

Cała ta sytuacja pokazuje smutny obraz rzeczywistości, w której publiczne stanowiska stają się trampoliną do prywatnego bogactwa. Łukasz Gibała gorzko podsumowuje, że w najbardziej zadłużonym mieście w Polsce na nagrody dla prezesów pieniądze „zawsze się znajdą”, co brzmi jak ponura diagnoza stanu krakowskich finansów. Czy ujawnienie tych szokujących danych cokolwiek zmieni, czy też karawana pojedzie dalej, a prezesi będą się śmiać w drodze do banku? Jedno jest pewne – niesmak po ujawnieniu tej afery pozostanie z krakowianami na bardzo długo.

Udostępnij to 👇