Internet zawrzał po tym, jak do sieci trafiło szokujące nagranie z jednej z aptek. Mężczyzna, na oczach zdumionej obsługi, kupił prezerwatywy i zażądał faktury na… Kancelarię Prezesa Rady Ministrów! To, co stało się później, przeszło najśmielsze oczekiwania.
Prowokacja miała na celu ośmieszenie nowego rządowego systemu, ale szybko wymknęła się spod kontroli, a jej autorowi mogą grozić poważne konsekwencje. Eksperci biją na alarm, a sprawa ma drugie, mroczniejsze dno. Dowiedz się, co tak naprawdę się stało i czy autorowi nagrania grozi więzienie!
„Afera prezerwatywowa” wstrząsnęła siecią. Wszystko nagrał i wrzucił na TikToka!
Ta historia mrozi krew w żyłach i bawi do łez jednocześnie. Wszystko zaczęło się, gdy Tomasz Sidorczuk, przedstawiający się jako przedsiębiorca i społecznik, postanowił w dość niekonwencjonalny sposób zaprotestować przeciwko nowym przepisom. Jego nagranie z apteki w zaledwie dobę obejrzało ponad 1,3 miliona osób, a lawina udostępnień sprawiła, że o sprawie mówi już cała Polska. Wideo stało się wiralowym hitem, który jednych oburza, a innych doprowadza do spazmów śmiechu.
Na filmie widzimy scenę jak z komedii. Sidorczuk pewnym krokiem podchodzi do aptecznego okienka i prosi o prezerwatywy „w najmniejszym możliwym rozmiarze”, co już wywołuje konsternację. Prawdziwa bomba wybucha jednak chwilę później, gdy klient nonszalancko rzuca, że poprosi o fakturę na Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, podając jej numer NIP. Na nagraniu słychać niedowierzanie i salwy śmiechu farmaceutek, które nie mogły uwierzyć w to, co właśnie wpisują do systemu.
Jakby tego było mało, autor nagrania postanowił pójść o krok dalej i dolać oliwy do ognia. Na odchodne rzucił jeszcze, że chciał też zamówić maść na hemoroidy, co ostatecznie przypieczętowało komediowy charakter całej sytuacji. Choć materiał miał być złośliwym komentarzem do słabości rządowego systemu fakturowania, jego skala przerosła chyba najśmielsze oczekiwania samego twórcy. Cała Polska zadaje sobie teraz pytanie: czy to był tylko żart, czy może coś znacznie poważniejszego?
Chciał tylko zażartować? Wyjaśnia, dlaczego uderzył w rządową reformę
Za całą prowokacją stoi rzekomo szczytny cel. Tomasz Sidorczuk, który prywatnie jest sympatykiem partii Nowa Nadzieja, tłumaczy w rozmowie z mediami, że chciał jedynie obnażyć słabość wprowadzonego niedawno systemu KSeF. Ta cyfrowa rewolucja ma zastąpić papierowe faktury, ale od samego początku budzi ogromne kontrowersje wśród przedsiębiorców, którzy boją się paraliżu swoich firm.
Główny zarzut Sidorczuka jest prosty i dla wielu przerażający. Jego zdaniem każdy może pójść do sklepu, kupić cokolwiek – nawet prezerwatywy – i wziąć fakturę na dowolną instytucję państwową, znając tylko jej NIP. W efekcie księgowi w urzędach byliby zalewani fałszywymi dokumentami za absurdalne zakupy, a ich weryfikacja stałaby się prawdziwym koszmarem. To wizja chaosu, który mógłby sparaliżować finanse publiczne.
Autor nagrania zapewnia, że tuż po dokonaniu transakcji poprosił o jej anulowanie, bo nie chciał robić problemu księgowym premiera. Tłumaczy, że chodziło mu wyłącznie o zwrócenie uwagi na problem, który w dużych firmach, przetwarzających tysiące faktur, mógłby prowadzić do gigantycznych pomyłek. Mimo tych wyjaśnień, mleko już się rozlało, a internetowy żart może mieć dla niego bardzo poważne, prawne konsekwencje.
Koniec śmiechu, zaczynają się schody. Ekspert nie ma złudzeń: „To nie jest żart, grozi mu więzienie!”
Choć nagranie rozbawiło tysiące Polaków, ekspertom podatkowym wcale nie jest do śmiechu. Piotr Juszczyk, główny doradca podatkowy, studzi emocje i wyjaśnia, że cała prowokacja opiera się na fundamentalnym nieporozumieniu. Jego zdaniem materiał wideo wcale nie udowadnia istnienia luki w systemie KSeF, a wręcz przeciwnie – pokazuje, jak łatwo wpaść w kłopoty.
Ekspert podkreśla, że podobną operację można było przeprowadzić od zawsze, prosząc o papierową fakturę na dowolne dane. Różnica jest jednak kluczowa i druzgocąca dla autora nagrania. Przed KSeF fałszywy dokument mógł zaginąć lub zostać zniszczony, a w nowym systemie każda faktura jest trwale zapisana, nieusuwalna i od razu widoczna dla urzędu skarbowego. To pułapka, a nie furtka do oszustw.
To, co wydawało się niewinnym żartem, może skończyć się na sali sądowej. Specjalista ostrzega, że faktury to nie zabawki, a świadome wprowadzanie w błąd sprzedawcy co do danych nabywcy jest przestępstwem. Za sporządzenie dokumentu poświadczającego nieprawdę grozi kara nawet do trzech lat pozbawienia wolności. Autor wiralowego hitu, zamiast sławy, może więc zyskać poważne problemy z prawem.









