Czy to koniec krótkich rządów Aleksandra Miszalskiego pod Wawelem? Sytuacja robi się dramatyczna, a atmosfera w magistracie gęstnieje z minuty na minutę, bo przeciwnicy prezydenta nie biorą jeńców i w ekspresowym tempie zbierają armię ludzi gotowych go pogrążyć. To, co dzieje się na ulicach Krakowa, to prawdziwe trzęsienie ziemi, które może zmieść obecną władzę szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał.
Zegar tyka nieubłaganie, a liczby są porażające – tysiące podpisów lądują na biurkach organizatorów, którzy wyciągają na światło dzienne rzekome grzechy włodarza miasta. Czy Miszalski przetrwa ten zmasowany atak, czy może jego kariera zakończy się wielkim skandalem i polityczną katastrofą? Koniecznie przeczytajcie, co tak naprawdę dzieje się za kulisami tej bezwzględnej walki o władzę!
Licznik bije jak oszalały! Czy prezydent ma się czego bać?
Wieści napływające z krakowskich ulic mrożą krew w żyłach zwolenników Koalicji Obywatelskiej, bo tempo zbiórki podpisów jest wręcz zabójcze. Zaledwie dwa tygodnie wystarczyły, by pod wnioskiem o referendum podpisało się ponad 40 tysięcy zdeterminowanych mieszkańców, którzy mają już dość obecnych rządów. To prawdziwa lawina, której chyba nikt w magistracie się nie spodziewał, a organizatorzy zacierają ręce, widząc tak ogromne pospolite ruszenie.
Matematyka jest w tym przypadku bezlitosna dla Aleksandra Miszalskiego, ponieważ do wymaganej prawem liczby brakuje już naprawdę niewiele. Aby uruchomić maszynę referendalną, potrzeba nieco ponad 58 tysięcy parafek, co stanowi 10 procent uprawnionych do głosowania krakowian. Biorąc pod uwagę obecne tempo, ten próg może zostać przekroczony lada moment, a przecież do końca akcji pozostało jeszcze aż 45 długich dni.
Organizatorzy całej akcji nie zamierzają jednak spocząć na laurach i mierzą znacznie wyżej, chcąc totalnie znokautować prezydenta. Jan Hoffman, jeden z liderów tego buntu, zapowiada walkę o zebranie okrągłych 100 tysięcy podpisów, co ma być bezpiecznikiem na wypadek odrzucenia części głosów przez urzędników. Taka liczba byłaby potężnym sygnałem ostrzegawczym i dowodem na to, że niezadowolenie w mieście królów sięga zenitu.
Taniec na dachu i wulgarne piosenki? Lista zarzutów jest długa i BARDZO wstydliwa
Dlaczego mieszkańcy tak bardzo chcą pozbyć się swojego prezydenta w trybie natychmiastowym? Lista pretensji jest długa jak Wisła, a inicjatorzy referendum wyciągają na wierzch sprawy, które mogą przyprawić o rumieniec wstydu każdego polityka. Mówi się głośno o rzekomym „kolesiostwie” przy obsadzaniu stanowisk oraz zadłużaniu miasta, które ma prowadzić Kraków nad finansową przepaść.
To jednak nie koniec rewelacji, bo w grę wchodzą także skandale obyczajowe, które rozgrzewają plotkarskie fora do czerwoności. Przeciwnicy Miszalskiego wypominają mu zachowanie niegodne sprawowanego urzędu, w tym słynny już taniec na dachu magistratu. Pląsy do piosenki naszpikowanej wulgaryzmami stały się wodą na młyn dla tych, którzy uważają, że prezydentura to nie miejsce na takie frywolne wybryki.
Choć inicjatorzy zarzekają się, że to oddolny ruch wkurzonych obywateli, do „grilla” dołączyli już starzy wyjadacze z politycznej sceny. Swoje trzy grosze dorzucają zarówno działacze PiS, jak i Konfederacji, a także ludzie Łukasza Gibały, który przegrał z Miszalskim batalię o fotel prezydenta. Wygląda na to, że wszyscy wrogowie włodarza zjednoczyli siły, by doprowadzić do jego spektakularnego upadku.
Miszalski przerywa milczenie! Twierdzi, że to brudna zemsta za wygrane wybory
Sam zainteresowany, choć z pewnością czuje na plecach oddech rozwścieczonego tłumu, stara się robić dobrą minę do złej gry. Aleksander Miszalski stanowczo odpiera ataki, sugerując, że całe to zamieszanie to nic innego jak polityczna „dogrywka” sfrustrowanych rywali, którzy nie mogą pogodzić się z porażką w wyborach. Prezydent przekonuje, że jego przeciwnicy zamiast działać dla dobra miasta, wolą urządzać igrzyska nienawiści.
Włodarz Krakowa próbuje bronić się konkretami, wskazując na rosnące dochody miasta i inwestycje, które rzekomo są realizowane blisko ludzi. Podkreśla swoje działania na rzecz poprawy transportu i jakości życia, licząc na to, że mieszkańcy nie dadzą się nabrać na demagogię opozycji. Wierzy w „mądrość krakowian”, ale czy ta wiara wystarczy, gdy emocje biorą górę nad chłodną kalkulacją?
Ostateczna bitwa rozegra się jednak nie na słowa, ale przy urnach, jeśli oczywiście dojdzie do głosowania. Aby referendum było w ogóle ważne, do lokali wyborczych musi pofatygować się prawie 160 tysięcy osób, co jest nie lada wyzwaniem frekwencyjnym. Losy prezydentury Miszalskiego wiszą na włosku, a najbliższe tygodnie pokażą, czy Kraków czeka największa polityczna rewolucja ostatnich lat.









