To, co wydarzyło się właśnie w murach Sztabu Generalnego, mrozi krew w żyłach i stawia na baczność dosłownie każdego dorosłego Polaka! Najważniejsi politycy w kraju bez owijania w bawełnę rzucili na stół karty, które mogą wywrócić Twoje bezpieczne życie do góry nogami w mgnieniu oka. Jeśli myślałeś, że temat wojska i poligonu Ciebie nie dotyczy, to jesteś w wielkim błędzie, bo nowa wizja „armii 500 tysięcy” to nie są już tylko ciche plotki.
Decyzje zapadły na najwyższym szczeblu, a generałowie już zacierają ręce na myśl o gigantycznej mobilizacji, jakiej ten kraj nad Wisłą jeszcze nie widział. Czy to oznacza powrót obowiązkowej służby tylnymi drzwiami i kto pierwszy dostanie wezwanie do jednostki? Przeczytaj ten tekst koniecznie do końca, zanim listonosz zapuka do Twoich drzwi z biletem, bo te zmiany dotkną absolutnie każdego z nas!
Generałowie i ministrowie nie mają litości? Tego nikt się nie spodziewał!
Konferencja prasowa, która miała być rutynowym spotkaniem, zamieniła się w prawdziwe trzęsienie ziemi dla polskiej obronności. Na sali pojawili się najwięksi gracze: wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz oraz szef Sztabu Generalnego, generał Wiesław Kukuła, a ich miny nie zwiastowały niczego błahego. Atmosfera była gęsta, a padające ze sceny słowa o budowie potężnej armii sprawiły, że wielu obserwatorom opadły szczęki. To koniec zabawy w żołnierzyków, bo władza szykuje nam prawdziwą rewolucję i chce stworzyć machinę wojenną, jakiej Europa dawno nie widziała.
Liczby, które padły z ust decydentów, są po prostu kosmiczne i działają na wyobraźnię mocniej niż najlepszy film akcji. Rządowy plan zakłada, że polska armia rozrośnie się do niewyobrażalnych rozmiarów pół miliona ludzi pod bronią, co brzmi jak scenariusz science-fiction. Jeszcze niedawno nikt by nie uwierzył, że Polska porwie się na tak gigantyczne przedsięwzięcie, które ma zostać zrealizowane w perspektywie kilkunastu lat. Wygląda na to, że politycy nie żartują i zamierzają wciągnąć w tryby machiny wojskowej ogromne rzesze obywateli.
Wszystko zaczęło się niewinnie od pilotażowego programu „wGotowości”, który w zeszłym roku przyciągnął tysiące chętnych, ale to był tylko wierzchołek góry lodowej. Generał Molenda sypnął danymi, z których wynika, że zainteresowanie stroną rekrutacyjną było wręcz szalone i liczone w setkach tysięcy kliknięć. To dało władzom jasny sygnał, że Polacy są gotowi, więc teraz postanowiono pójść na całość i otworzyć szeroko bramy koszar. Pytanie tylko, czy wszyscy ochotnicy wiedzą, na co się piszą i czy system wytrzyma tak nagły napływ świeżej krwi do mundurów.
Masowa mobilizacja do 2039 roku! Sprawdź, do której grupy trafisz Ty!
Plan jest prosty, ale brutalnie ambitny: trzon sił zbrojnych ma stanowić armia zawodowa, która będzie liczyć aż trzysta tysięcy profesjonalistów gotowych na wszystko. Jednak to, co budzi największe emocje, to plany dotyczące pozostałych dwustu tysięcy miejsc, które mają zostać obsadzone przez rezerwistów. Wicepremier Kosiniak-Kamysz stawia sprawę jasno i twierdzi, że tak potężne zaplecze ma odstraszyć każdego wroga, który tylko spojrzy w stronę naszych granic. To oznacza, że cywile muszą przygotować się na to, że wojsko upomni się o nich szybciej, niż myślą.
Generał Kukuła wyłożył kawę na ławę, prezentując skomplikowaną strukturę „Wielkiej Siódemki”, która ma obowiązywać do 2039 roku. Armia ma się składać z zawodowców, terytorialsów oraz ogromnej rzeszy rezerwistów podzielonych na zupełnie nowe, tajemniczo brzmiące kategorie. Będziemy mieli do czynienia z rezerwą aktywną dla weteranów i byłych terytorialsów, ale to dopiero początek wyliczanki. Wojsko chce mieć ludzi dostępnych na gwizdek, którzy w razie godziny „W” stawią się w jednostkach bez zbędnych pytań.
Największe kontrowersje i zaciekawienie budzi tak zwana rezerwa pasywna wysokiej gotowości, do której trafią osoby z konkretnymi przydziałami. Razem z rezerwą aktywną ta grupa ma liczyć aż 150 tysięcy dusz, co jest liczbą wręcz porażającą dla przeciętnego zjadacza chleba. Do tego dochodzi jeszcze klasyczna rezerwa pasywna, czyli ten gigantyczny zasób ludzi, którzy po prostu są w systemie. Wygląda na to, że w nowym modelu sił zbrojnych nikt nie prześlizgnie się niezauważony i każdy zdrowy obywatel może stać się częścią tego wielkiego planu.
Kasa za poligon i koniec wymówek! Wojsko płaci, ale wymaga posłuszeństwa
Rząd doskonale wie, że samym patriotyzmem garnków się nie napełni, dlatego wyciąga asa z rękawa w postaci konkretnych pieniędzy. Po raz pierwszy w historii naszej armii rezerwiści mają otrzymywać regularne wynagrodzenie za udział w ćwiczeniach, co jest absolutną nowością. Kosiniak-Kamysz zapowiada rewolucję w przepisach, która ma sprawić, że bieganie z karabinem po lesie stanie się opłacalne finansowo. To ma być marchewka, która przyciągnie niezdecydowanych, którzy do tej pory bali się utraty zarobków w cywilu.
Wojsko otwiera się też na nowoczesność i szuka nie tylko komandosów, ale także mózgów komputerowych i medyków. Specjalne formacje, takie jak Cyber Legion czy Legion Medyczny, biją rekordy popularności i przyciągają setki specjalistów z rynku cywilnego. To dowód na to, że armia desperacko potrzebuje ekspertów i jest gotowa walczyć o nich, oferując im elastyczne warunki służby. Dzięki temu rezerwista będzie mógł sam wybrać termin ćwiczeń, co brzmi jak spełnienie marzeń każdego zapracowanego Polaka.
Rok 2026 został już szumnie ogłoszony „rokiem rezerw”, co brzmi jak zapowiedź ostrego dokręcania śruby w zakresie szkoleń. Wiceminister Tomczyk nie ukrywa, że rusza wielka machina szkoleniowa, która obejmie dziesiątki tysięcy obywateli, a nawet całe firmy. Cel jest jeden: zbudować społeczeństwo, które nie spanikuje w sytuacji kryzysowej i będzie wiedziało, jak obsługiwać broń. Jeśli plany wypalą, Polska stanie się militarną potęgą, a my wszyscy staniemy się częścią największej armii rezerwowej na kontynencie, czy nam się to podoba, czy nie.









