W rządowych kuluarach wrze jak w ulu, a atmosfera gęstnieje z minuty na minutę, bo na jaw wychodzą plany, które mogą wywołać prawdziwe trzęsienie ziemi w portfelach milionów obywateli. Donald Tusk uderza pięścią w stół i zapowiada koniec pobłażania dla uprzywilejowanych grup, które do tej pory żyły jak pączki w maśle, unikając płacenia na służbę zdrowia. To już nie są plotki, ale brutalna rzeczywistość, która lada moment może zapukać do naszych drzwi i wyczyścić konta bankowe.
Dziura w NFZ jest tak gigantyczna, że nie da się jej już dłużej zasypywać pudrem i pustymi obietnicami, więc rząd chwyta się brzytwy i szuka pieniędzy tam, gdzie nikt wcześniej nie miał odwagi zaglądać. Na celowniku znalazły się środowiska, które przez dekady były „nietykalne”, a teraz drżą ze strachu przed finansową gilotyną. Czy koalicja przetrwa ten desperacki skok na kasę i kto tak naprawdę zapłaci najwięcej za ratowanie tonącego systemu?
Armagedon w służbie zdrowia! Miliardy wyparowały, a pacjenci drżą o życie
Sytuacja w kasie Narodowego Funduszu Zdrowia przypomina scenariusz najgorszego horroru, w którym ofiarami padają zwykli pacjenci czekający w nieskończonych kolejkach. Choć Polacy co miesiąc oddają krocie na składki zdrowotne, a wpływy biją historyczne rekordy, to pieniędzy wciąż brakuje, jakby ktoś wrzucał je do studni bez dna. Eksperci łapią się za głowy, patrząc na rosnący w zastraszającym tempie deficyt, który liczony jest już w dziesiątkach miliardów złotych i grozi całkowitym paraliżem szpitali.
System ochrony zdrowia wali się na naszych oczach, bo koszty leczenia wystrzeliły w kosmos i nic nie wskazuje na to, by miały się zatrzymać. Społeczeństwo starzeje się w błyskawicznym tempie, co oznacza lawinę chorób przewlekłych i nowotworowych, które pochłaniają majątek i wymagają specjalistycznej opieki przez długie lata. Medycy, pielęgniarki i ratownicy, wypruwający sobie żyły na dyżurach, słusznie żądają podwyżek, ale każda dodatkowa złotówka dla personelu to kolejny gwóźdź do trumny budżetu NFZ.
Rządzący stoją pod ścianą i doskonale wiedzą, że podniesienie składki wszystkim Polakom byłoby politycznym samobójstwem, które zmiotłoby ich ze sceny. Dlatego w gabinetach Ministerstwa Zdrowia powstaje plan awaryjny, który ma uderzyć punktowo, ale niezwykle boleśnie w wybrane grupy społeczne. Skończył się czas głaskania po głowach i udawania, że problem nie istnieje, bo teraz liczy się każda złotówka wyciśnięta z kieszeni podatnika.
Koniec raju dla wybranych! Rolnicy i księża złapią się za głowy?
Największe emocje budzi fakt, że rządowa kosa ma dosięgnąć tych, którzy do tej pory cieszyli się niespotykanymi przywilejami i traktowaniem specjalnym. Na pierwszy ogień idą rolnicy, którzy od lat płacą śmiesznie niskie ryczałty, nieproporcjonalne do tego, co na ZUS i NFZ łożą pracownicy etatowi czy przedsiębiorcy. Ten system, będący reliktem przeszłości, coraz częściej nazywany jest jawną niesprawiedliwością społeczną, a władza wreszcie zamierza skończyć z tą fikcją i zrównać wszystkich wobec prawa.
Kolejną grupą, która może pożegnać się z preferencyjnymi stawkami, są duchowni, co z pewnością wywoła gigantyczną burzę i ostre protesty środowisk kościelnych. Włączenie księży do powszechnego systemu i zmuszenie ich do płacenia takich samych składek jak reszta społeczeństwa, to ruch o potężnym znaczeniu symbolicznym, na który nikt wcześniej się nie odważył. To pokazuje determinację rządu, który szukając ratunku dla budżetu, nie cofnie się nawet przed naruszeniem tabu i wejściem na wojenną ścieżkę z Kościołem.
W tym szaleńczym poszukiwaniu oszczędności oberwie się nawet samej górze, bo na liście zmian widnieje status ubezpieczeniowy Pierwszej Damy. Choć w skali całego budżetu są to grosze, to polityczny wydźwięk odebrania przywilejów żonie prezydenta będzie ogłuszający i z pewnością zostanie odebrany jako policzek wymierzony w Pałac Prezydencki. To dowód na to, że w obliczu finansowej katastrofy nie ma już świętości, a immunitet od płacenia rachunków właśnie wygasa dla każdego, bez względu na nazwisko.
Rząd na krawędzi upadku? Tusk igra z ogniem, a koalicjanci wbijają sobie noże w plecy
Decyzja o sięgnięciu do kieszeni rolników i duchownych to stąpanie po cienkim lodzie, który lada moment może pęknąć i pociągnąć na dno cały gabinet Donalda Tuska. Grupy te mają w Polsce potężną siłę przebicia i potrafią zorganizować protesty, które paraliżują stolicę i blokują drogi w całym kraju, co widzieliśmy już nie raz. Wystarczy jedna iskra, by ulice zapłonęły gniewem, a rząd musiał tłumaczyć się z decyzji, które uderzają w ich żelazny elektorat lub drażnią wpływowe lobby.
Wewnątrz samej koalicji rządzącej również nie ma zgody, a nerwowe rozmowy za zamkniętymi drzwiami przypominają przeciąganie liny nad przepaścią. Ludowcy, którzy tradycyjnie stoją murem za wsią, mogą postawić weto i zablokować reformy uderzające w rolników, co doprowadzi do otwartego konfliktu i paraliżu decyzyjnego. Każda partia boi się utraty poparcia, więc politycy kalkulują na zimno, czy opłaca im się ratować służbę zdrowia kosztem własnych słupków w sondażach.
Donald Tusk stoi przed dramatycznym wyborem: albo zaryzykuje stabilność władzy i wprowadzi niepopularne zmiany dla dobra finansów państwa, albo ugnie się pod presją i pozwoli NFZ zbankrutować. Likwidacja przywilejów jest konieczna z punktu widzenia sprawiedliwości, ale historia pokazuje, że walka ze „świętymi krowami” to najkrótsza droga do politycznej trumny. Najbliższe tygodnie będą decydujące i pokażą, czy premier ma wystarczająco dużo odwagi, by przeforsować zmiany, które zabolą, ale mogą uratować system przed totalną zapaścią.









