SZOKUJĄCE kulisy powrotu Bartosza G. do Polski! Policja ZATAJAŁA prawdę? Ekspert nie ma wątpliwości: „Powód jest TYLKO JEDEN”!

Cała Polska wstrzymała oddech, gdy wyszło na jaw, w jakich okolicznościach podejrzany o bestialskie morderstwo 16-letniej Mai wrócił do kraju. To, co działo się wokół ekstradycji Bartosza G., przypomina scenariusz najmroczniejszego filmu akcji, a zachowanie służb wywołało lawinę spekulacji i plotek. Dlaczego prokuratura i policja zrobiły wszystko, by utrzymać tę operację w absolutnej tajemnicy przed mediami i wściekłym tłumem?

Znany ekspert przerywa milczenie i odsłania przerażające kulisy decyzji śledczych, wskazując na dramatyczne zagrożenie, o którym nikt głośno nie mówił. Okazuje się, że pośpiech i izolacja nie były przypadkowe, a życie nastolatka mogło wisieć na włosku jeszcze przed dotarciem do celi. Przeczytaj, co tak naprawdę stało za tą bezprecedensową akcją, bo ta prawda mrozi krew w żyłach.

Tajemniczy lot i zasłona milczenia. Czego tak panicznie bały się służby?!

Zazwyczaj, gdy do kraju wraca tak głośny podejrzany, na lotnisku kłębią się tłumy dziennikarzy, a błysk fleszy oświetla każdy ruch konwoju. W przypadku Bartosza G. wszystko wyglądało jednak zupełnie inaczej, jakbyśmy mieli do czynienia z tajną operacją wywiadu, a nie standardową procedurą karną. Informacje o dacie transportu były szczątkowe, sprzeczne i celowo rozmywane, co od razu wzbudziło ogromne podejrzenia opinii publicznej. Wyglądało to tak, jakby polskie służby toczyły grę z czasem i z mediami, próbując ukryć nastolatka przed wzrokiem całego świata.

17-latek podejrzewany o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem swojej koleżanki Mai, po miesiącach sądowej batalii w Grecji, w końcu trafił na pokład samolotu do Polski. Ta ciągnąca się miesiącami saga pełna zwrotów akcji i odwołań, zakończyła się nagle i w atmosferze absolutnej konspiracji. Nawet doświadczeni funkcjonariusze przecierali oczy ze zdumienia, widząc, jak hermetycznie szczelna była to operacja. W powietrzu wisiało pytanie, dlaczego policja zdecydowała się na tak nietypowe kroki, zamiast pokazać skuteczność swoich działań w blasku kamer.

Głos w tej sprawie zabrał były komendant poznańskiej policji i prywatny detektyw, Maciej Szuba, który nie owija w bawełnę. Jego zdaniem, takie zachowanie organów ścigania to ewenement, który zdarza się niezwykle rzadko i zawsze ma drugie dno. Ekspert sugeruje wprost, że ukrywanie terminu konwoju to sygnał alarmowy świadczący o tym, że służby spodziewały się najgorszego. Atmosfera wokół tej sprawy gęstniała z godziny na godzinę, a decyzje podejmowane na górze świadczą o gigantycznym napięciu.

Widmo samosądu wisiało w powietrzu? Ekspert stawia sprawę jasno: „To była gra o życie”

Według Macieja Szuby, w sprawach budzących tak potężne emocje społeczne, policja nigdy nie działa na pokaz bez twardej analizy ryzyka. Jeśli zapadła decyzja o całkowitym utajnieniu transportu Bartosza G., to znaczy, że na stole leżały scenariusze, które mogły doprowadzić do prawdziwej tragedii na polskiej ziemi. Ekspert brutalnie punktuje, że w grę wchodziło realne zagrożenie atakiem na podejrzanego, a nawet próba linczu ze strony wstrząśniętych zbrodnią ludzi. Tłum domagający się sprawiedliwości bywa nieprzewidywalny, a służby nie mogły pozwolić sobie na żaden błąd.

Możliwości, które brano pod uwagę, są przerażające: od agresji na lotnisku, przez próby odbicia lub pobicia, aż po zorganizowaną prowokację mającą wywołać chaos. Choć może to brzmieć kontrowersyjnie, państwo ma psi obowiązek chronić każdego podejrzanego, nawet jeśli ciążą na nim zarzuty o najcięższe zbrodnie. Szuba podkreśla, że kluczowe było dowiezienie chłopaka do aresztu w jednym kawałku, aby mógł stanąć przed sądem i odpowiedzieć za swoje czyny. Gdyby doszło do ataku na konwój, byłaby to kompromitacja całego wymiaru sprawiedliwości.

Dlatego właśnie zdecydowano się na środki bezpieczeństwa, które zazwyczaj rezerwuje się dla najgroźniejszych terrorystów lub świadków koronnych. To nie była zwykła podróż, ale precyzyjnie zaplanowana akcja mająca na celu zmylenie wszystkich potencjalnych agresorów. Słowa eksperta o tym, że „tu mógł być tylko jeden powód – bezpieczeństwo”, nabierają w tym kontekście złowrogiego znaczenia. Służby musiały działać jak duchy, by uniknąć rozlewu krwi jeszcze przed rozpoczęciem procesu.

Przesłuchanie w trybie natychmiastowym i izolatka pod kamerami. Co ukrywa Bartosz G.?

Kolejnym elementem tej mrocznej układanki jest fakt, że prokuratura nie czekała ani chwili z przesłuchaniem nastolatka. Zazwyczaj w okresach okołoświątecznych procedury zwalniają, a urzędnicy i śledczy pozwalają sobie na chwilę oddechu, przesuwając czynności o kilka dni. Tutaj jednak machina ruszyła natychmiast po wylądowaniu samolotu, co jest kolejnym dowodem na wyjątkowy charakter tej sprawy. Szuba zaznacza, że pośpiech organów ścigania zawsze oznacza, że zależy im na zabezpieczeniu kluczowych informacji, zanim podejrzany zdąży ochłonąć.

Ekspert tłumaczy, że pierwsze godziny po ekstradycji są absolutnie kluczowe dla ustalenia stanu psychicznego zatrzymanego i wyłapania ewentualnych nacisków z zewnątrz. Chodziło o to, by „dorwać” prawdę, zanim sprawa ponownie eksploduje w mediach i zanim podejrzany zdąży przyjąć nową linię obrony. Każda zwłoka mogła działać na niekorzyść śledztwa, dlatego zrezygnowano z jakichkolwiek przerw czy taryfy ulgowej. Presja czasu była ogromna, a śledczy musieli działać z chirurgiczną precyzją.

Obecnie Bartosz G. przebywa w areszcie w Płocku, ale nie jest to zwykła cela, lecz izolatka monitorowana przez kamery 24 godziny na dobę. Takie drakońskie środki ostrożności stosuje się tylko wtedy, gdy istnieje gigantyczne ryzyko samobójstwa, samookaleczenia lub ataku ze strony innych współwięźniów. W zakładzie karnym obowiązuje brutalna hierarchia, a oskarżeni o zbrodnie na nieletnich często stają się celem ataków. Izolacja i stały nadzór to jedyny sposób, by zapewnić, że podejrzany dożyje do wyroku.

Udostępnij to 👇