To miał być wielki biznesowy sen, a skończyło się na masowych zwolnieniach, łzach pracowników i krajobrazie jak po bitwie, który wstrząsnął mieszkańcami Kalisza. Kiedy ukraińska firma przejmowała znany polski zakład, nikt nie spodziewał się, że finał tej historii będzie tak dramatyczny i bolesny dla całej lokalnej społeczności. Dziś na jaw wychodzą kulisy transakcji, które dosłownie mrożą krew w żyłach, a nowy polski właściciel łapie się za głowę widząc, co zastał na miejscu po poprzednikach.
Zamiast tętniącej życiem produkcji i setek miejsc pracy, mamy ciężki sprzęt wjeżdżający na teren fabryki i huk wyburzanych ścian, który ponuro niesie się po całej okolicy. Jan Podlasiński, który zdecydował się uratować teren po dawnym gigancie, ujawnia szokujące szczegóły dotyczące stanu technicznego maszyn, które teoretycznie miały tam jeszcze pracować. Przeczytaj koniecznie ten tekst do końca, by dowiedzieć się, jak smutnie potoczył się los słynnego Calfrostu i co dokładnie stało się z wyposażeniem fabryki!
Wielkie nadzieje i bolesny upadek giganta
Historia upadku kaliskiego Calfrostu to gotowy scenariusz na dramatyczny film, w którym główną rolę grają wielkie pieniądze i ludzkie tragedie. Wszystko zaczęło się w momencie, gdy ukraiński producent „Trzy Niedźwiedzie” przejął stery w polskiej firmie Nordis, co miało zwiastować nową erę rozwoju i ekspansji na rynki wschodnie. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna, bo zamiast inwestycji, nowy właściciel podjął decyzję o całkowitym zamknięciu zakładu, co poskutkowało wręczeniem wypowiedzeń wszystkim 54 pracownikom.
W oficjalnych dokumentach, które trafiły do urzędu pracy, jako powód tej drastycznej decyzji podano trudną sytuację ekonomiczną oraz rosnące koszty prowadzenia działalności, co dla wielu brzmiało jak ponury żart. Teren fabryki błyskawicznie trafił na rynek nieruchomości, a początkowe żądania finansowe Ukraińców były wręcz astronomiczne i opiewały na blisko 13 milionów złotych za same aktywa. Rynek jednak szybko zweryfikował te marzenia, bo chętnych na zakup po tak wygórowanej cenie po prostu nie było, co zmusiło sprzedających do desperackich kroków.
Ostatecznie cena została ścięta o ponad połowę, spadając do poziomu niespełna 6 milionów złotych, co pokazało, jak bardzo zależało im na pozbyciu się tego „gorącego kartofla”. Ta drastyczna obniżka przyciągnęła uwagę inwestorów, ale niesmak po sposobie potraktowania załogi i szybkiej ewakuacji kapitału pozostał w Kaliszu na długo. To właśnie wtedy do gry wkroczył lokalny biznesmen, który postanowił przejąć teren, nie zdając sobie jeszcze do końca sprawy z tego, co zastanie w środku hal produkcyjnych.
Polak kupuje zgliszcza i ujawnia prawdę
Nowym właścicielem terenu po dawnej chlubie regionu został Jan Podlasiński, znany i szanowany polski przedsiębiorca, który w swoim portfolio posiada już hotele oraz prężnie działającą firmę transportową. Biznesmen okazał się twardym negocjatorem, ponieważ udało mu się zbić cenę o kolejne 300 tysięcy złotych względem drugiej, już i tak obniżonej oferty przedstawionej przez „Trzy Niedźwiedzie”. Podlasiński miał konkretny plan na zagospodarowanie tego terenu, licząc po cichu na to, że uda się wykorzystać istniejącą infrastrukturę chłodniczą do nowych celów biznesowych.
W rozmowie z lokalnymi mediami przedsiębiorca przyznał, że jego zamiarem było przeprowadzenie dokładnych oględzin urządzeń, by sprawdzić, czy nadają się one do dalszej eksploatacji, na przykład przy skupie wiśni. Niestety, rzeczywistość, którą zastał po wejściu na teren zakładu, okazała się gorsza niż najczarniejsze scenariusze, jakie mógł sobie wyobrazić doświadczony inwestor. Okazało się, że kluczowe elementy wyposażenia, w tym chłodnie, zostały po prostu zdemontowane, a marzenia o ich ponownym wykorzystaniu legły w gruzach.
Wypowiedź nowego właściciela dla „Faktów Kaliskich” nie pozostawia żadnych złudzeń co do intencji poprzednich zarządców obiektu i stanu technicznego budynków. Podlasiński stwierdził wprost, że zakład został „konkretnie zniszczony” i to do tego stopnia, że o przywróceniu jakichkolwiek funkcji chłodniczych nie może być już mowy. Jego słowa o tym, że „nigdy tam chłodni żadnej nie będzie”, brzmią jak ostateczny wyrok dla historycznego dziedzictwa tego miejsca, które przez lata karmiło tysiące Polaków.
Ostateczna rozbiórka i koniec pewnej epoki
Obecnie na terenie dawnego Calfrostu trwają intensywne prace wyburzeniowe, które symbolicznie i dosłownie kończą historię produkcji mrożonek w tym miejscu. Ciężki sprzęt zrównuje z ziemią kolejne budynki, które przez dekady były miejscem pracy dla pokoleń kaliszan, a widok ten budzi ogromny smutek wśród okolicznych mieszkańców. To, co kiedyś tętniło życiem i zapachem żywności, teraz zamienia się w stertę gruzu, ustępując miejsca zupełnie nowej, czysto komercyjnej rzeczywistości.
Nowy właściciel nie zamierza jednak pozostawiać tego terenu odłogiem i ma już sprecyzowane plany, które wpisują się w obecne potrzeby rynku logistycznego. W miejscu dawnych hal produkcyjnych powstaną nowoczesne magazyny na wynajem, co jest zgodne z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, dopuszczającym usługi i składy. Choć inwestycja ta z pewnością przyniesie zyski i ożywi gospodarczo ten kawałek miasta, to charakter tego miejsca zmieni się już bezpowrotnie.
Dla wielu obserwatorów tej smutnej sagi, historia Calfrostu jest przestrogą przed tym, jak brutalny potrafi być wielki biznes w zderzeniu z lokalną tradycją. Ukraiński epizod w historii zakładu okazał się gwoździem do trumny, po którym pozostały jedynie wspomnienia i puste miejsce pod nowe inwestycje. Kalisz traci swój przemysłowy symbol, a w zamian zyskuje kolejne hale magazynowe, co dobitnie pokazuje, w jakim kierunku zmierza współczesna gospodarka.
Źródło: money.pl, Fakty Kaliskie









