To, co właśnie zrobił rząd z jedzeniem w polskich szpitalach, odbiera mowę. Program, który miał chronić miliony pacjentów przed obrzydliwymi posiłkami, zniknął z dnia na dzień – a w jego miejsce pojawiło się coś, co może zamienić szpitalne oddziały w kulinarne piekło.
Stawka na żywienie spadła o niemal 18 procent, pieniądze wrzucono do jednego worka z resztą szpitalnego budżetu, a ministerstwo mówi wprost: „zaufajcie dyrektorom”. Czy naprawdę mamy im zaufać, skoro dane z pilotażu pokazują, że 93 procent szpitali i tak nie wydawało pieniędzy na jedzenie? Przeczytaj, co dokładnie się wydarzyło – bo to może dotyczyć Ciebie lub Twoich bliskich przy najbliższej hospitalizacji!
Program „Dobry Posiłek” zniknął w ciszy – nikt nie zapytał pacjentów o zdanie
Przez ponad dwa lata w polskich szpitalach działał specjalny mechanizm, który miał gwarantować, że pieniądze na jedzenie dla chorych nie rozpłyną się w szpitalnej biurokracji. Program „Dobry Posiłek w Szpitalu” objął 582 placówki i ponad 3,7 miliona hospitalizowanych osób. Każdy dyrektor szpitala dostawał konkretną kwotę i nie miał prawa wydać jej na nic innego niż posiłki dla pacjentów.
Tymczasem z końcem ubiegłego roku ten system po prostu przestał istnieć. Ministerstwo Zdrowia nie zorganizowało żadnej wielkiej debaty, nie pytało pacjentów o opinię, nie przeprowadziło kampanii informacyjnej. Nowe rozporządzenie weszło w życie 1 stycznia 2026 roku, a konsultacje publiczne zakończono już w lipcu 2025 – w środku wakacji, gdy uwaga opinii publicznej skierowana była zupełnie gdzie indziej.
Środowisko medyczne buzuje od kontrowersji, organizacje szpitalne nie kryją oburzenia, a zwykli Polacy dopiero teraz zaczynają rozumieć, co tak naprawdę się stało. Na miejsce sprawdzonego systemu ministerstwo zaproponowało coś, co nazywa „nowym standardem żywieniowym”. Brzmi profesjonalnie i nowocześnie, ale kiedy zajrzymy w szczegóły, włosy stają dęba.
Szokująca obniżka! Z 25 złotych na 21 – a ceny żywności lecą w górę
Liczby nie kłamią i to właśnie one najlepiej pokazują skalę problemu. W ramach wygaszonego programu „Dobry Posiłek” dzienny dodatek na żywienie jednego pacjenta wynosił 25,62 zł. Teraz spadł do zaledwie 21 złotych. To cięcie o blisko 18 procent w czasie, gdy ceny w sklepach spożywczych biją kolejne rekordy.
Ogólnopolski Związek Szpitali Powiatowych nie gryzł się w język i nazwał tę obniżkę absurdalną oraz nie do zaakceptowania. Organizacja zwróciła uwagę na skandaliczny fakt – przez cały okres trwania programu pilotażowego nikt nie zadbał o waloryzację stawki, mimo że koszty produktów spożywczych systematycznie rosły. Dwa lata bez podwyżki, a na deser – brutalne cięcie o prawie jedną piątą budżetu żywieniowego.
Ministerstwo Zdrowia próbuje gasić pożar własną arytmetyką. Wiceminister Tomasz Maciejewski, prezes NFZ Filip Nowak i prezes AOTMiT Daniel Rutkowski wyciągnęli kalkulatory i ogłosili, że łączna stawka na żywienie wyniesie średnio 64 zł dziennie. Skąd ta magiczna kwota? Resort po prostu zsumował pieniądze na żywienie ukryte dotychczas w wycenach świadczeń (około 43 zł) z nowym dodatkiem (21 zł). Problem w tym, że ta kalkulacja ma jedną fundamentalną dziurę – nikt nie zagwarantował, że choćby złotówka z tej kwoty rzeczywiście trafi na talerz chorego.
Pieniądze wrzucone do jednego worka – przepis na katastrofę na szpitalnych talerzach
Kluczowa i najbardziej niepokojąca zmiana polega na tym, że środki na żywienie pacjentów przestają być w jakikolwiek sposób wydzielone. Wcześniej szpital dostawał konkretną, oznaczoną kwotę i musiał wydać ją wyłącznie na posiłki – kropka, koniec dyskusji. Teraz pieniądze wpływają do ogólnego ryczałtu i to dyrekcja sama decyduje, ile z nich faktycznie trafi do szpitalnej kuchni, a ile zostanie przesunięte na remont dachu czy zakup tomografu.
Związek Powiatów Polskich alarmował o tym zagrożeniu już na początku stycznia, ale nikt w ministerstwie nie chciał słuchać. Kiedy placówka zmaga się z milionowymi długami, a na horyzoncie majaczy konieczność naprawy sprzętu medycznego lub pokrycia dramatycznych braków kadrowych – obiad pacjenta automatycznie schodzi na ostatni plan. To nie jest czarnowidztwo, to czysta logika finansowa, którą potwierdza każdy dyrektor szpitala, z którym można porozmawiać nieoficjalnie.
Finansowanie pochodzi teraz z pozycji budżetowych NFZ oznaczonych jako B2.3, B2.4 i B2.5, obejmujących leczenie szpitalne, opiekę psychiatryczną, leczenie uzależnień i rehabilitację. W praktyce oznacza to, że pieniądze na schabowego dla pacjenta po operacji leżą w tym samym worku co środki na całą działalność szpitala. Ten scenariusz może się ziścić w setkach placówek w całej Polsce, a największe konsekwencje odczują pacjenci małych, zadłużonych szpitali powiatowych.
93 procent szpitali nie wydawało pieniędzy na jedzenie! Te dane mrożą krew w żyłach
Dane z programu pilotażowego „Dobry Posiłek” obnażyły niewygodną prawdę, której ministerstwo najwyraźniej wolałoby nie komentować. Aż 93 procent szpitali uczestniczących w programie nie wydało na żywienie pacjentów pełnej przydzielonej kwoty. Powtórzmy to jeszcze raz – mimo że pieniądze były oznaczone i miały trafiać wyłącznie na posiłki, placówki i tak znajdowały sposoby, by kierować je na inne potrzeby.
Prezes AOTMiT Daniel Rutkowski potwierdził to publicznie i wyjaśnił mechanizm problemu. Przy średnim koszcie hospitalizacji sięgającym kilku tysięcy złotych, dodatkowe 25 zł dziennie na jedzenie stanowi tak znikomy ułamek budżetu, że praktycznie nie da się go wyśledzić w szpitalnej księgowości. Resort zdrowia wyciągnął z tych danych zaskakujący wniosek – skoro szpitale nie wykorzystywały pełnej stawki, to pieniędzy było po prostu za dużo.
Ta logika jest porażająca i budzi poważne wątpliwości ekspertów. Fakt, że szpitale przechwytywały środki na inne cele, absolutnie nie oznacza, że pacjenci dostawali wystarczająco dobry posiłek. Oznacza raczej, że mechanizm kontroli zawiódł na całej linii. Zamiast go naprawić i uszczelnić, resort postanowił go całkowicie zlikwidować i zastąpić czymś jeszcze bardziej opartym na ślepym zaufaniu do zarządzających placówkami – tych samych, którzy przez dwa lata udowadniali, że tego zaufania nie zasługują.
Ministerstwo nie daje żadnych gwarancji – „zaufajcie dyrektorom” i koniec tematu
Na konferencji prasowej dziennikarze zadali resortowi pytanie, które powinno paść jako pierwsze: czy ministerstwo może zagwarantować, że sto procent dodatku żywieniowego faktycznie zostanie przeznaczone na posiłki dla chorych? Odpowiedź, jaka padła, mogła przyprawić o dreszcze każdego, kto kiedykolwiek jadł w szpitalu. Resort powołał się na zaufanie do menedżerów szpitalnych i ich elastyczność w gospodarowaniu środkami.
Dziennikarze nie odpuścili i zapytali, czy NFZ wprowadzi chociaż obowiązek odrębnej ewidencji kosztów żywienia. Chodziło o prosty mechanizm – ślad w dokumentach, który pozwalałby sprawdzić, czy pieniądze przeznaczone na jedzenie rzeczywiście na nie trafiły. Odpowiedź okazała się bezpośrednia i brutalnie szczera – nie będzie żadnej takiej zmiany, bo od zarządzania pieniędzmi są menedżerowie szpitali.
Prezes NFZ Filip Nowak podsumował stanowisko Funduszu słowami, które mogą stać się symbolem całej tej afery. Stwierdził wprost, że doświadczenia z pilotażu dowiodły, iż przekazywanie środków odrębnym, dedykowanym strumieniem nie gwarantuje realizacji usług na wymaganym poziomie jakości. Innymi słowy – „dawaliśmy wam pieniądze na jedzenie, a wy i tak je wydawaliście na co innego, więc teraz damy wam mniej i nawet nie będziemy udawać, że mają iść na posiłki”. Trudno o bardziej cyniczne podejście do problemu, który dotyka milionów chorych Polaków.
Nowe zasady wyglądają ładnie na papierze – ale czy zmienią cokolwiek na talerzach?
Resort broni się czterema argumentami, które na pierwszy rzut oka brzmią sensownie. Żaden rozwinięty kraj na świecie nie wydziela podobno kosztów szpitalnych posiłków w odrębnej pozycji budżetowej. Wyodrębnianie kolejnych składników mogłoby doprowadzić do rozpadu systemu rozliczeń. Zamknięta stawka ograniczałaby rywalizację między placówkami. I wreszcie – dyrektorzy powinni mieć pełną swobodę decyzyjną.
Ministerstwo podaje nawet przykład Stanów Zjednoczonych, gdzie osobne rozliczanie poszczególnych elementów opieki zdrowotnej skutkuje wydatkami na poziomie 18 procent PKB przy nieproporcjonalnych efektach zdrowotnych. Tylko że porównywanie polskiego systemu do amerykańskiego to jak porównywanie jabłek do traktorów – kontekst, skala i mechanizmy są tak różne, że argument ten wydaje się co najmniej naciągany.
Nowy standard wprowadza natomiast kilka rozwiązań, które rzeczywiście wyglądają atrakcyjnie na papierze. Placówki będą musiały weryfikować gramaturę posiłków, przeprowadzać okresowe badania laboratoryjne żywności, a pacjenci zyskają możliwość wypełniania ankiet oceniających jakość wyżywienia. Do listy wymaganych diet dołączyły opcje wegańska, ketogenna i dedykowana osobom z fenyloketonurią. Szpitale muszą też zatrudnić dietetyka, opracowywać dziesięciodniowe jadłospisy i publikować menu ze zdjęciami posiłków w internecie.
Kary za złe jedzenie dopiero od września – a do tego czasu wolna amerykanka
Za niespełnienie nowych wymogów żywieniowych szpitalowi grozi kara w postaci specjalnego współczynnika korygującego, który obniży finansowanie placówki. Brzmi groźnie, prawda? Problem polega na tym, że kary zaczną obowiązywać dopiero po wykryciu nieprawidłowości podczas kontroli prowadzonych przez NFZ – i uwaga – najwcześniej od września 2026 roku. Do tego czasu szpitale mają pełną swobodę i w praktyce mogą serwować pacjentom co chcą i za ile chcą.
Placówki dostały czas na dostosowanie się do nowych reguł do 1 września 2026 roku. Jednocześnie muszą do końca lutego bieżącego roku złożyć oświadczenie o rozpoczęciu wdrażania standardu – w przeciwnym razie nie dostaną pieniędzy nawet za styczeń. To swoisty szantaż administracyjny: podpisz papier, że wdrażasz nowe zasady, albo nie zobaczysz ani grosza.
Roczny koszt nowego systemu dla NFZ oszacowano na 895,8 mln zł, co niewiele różni się od kosztów wygaszonego pilotażu, który w 2024 roku pochłonął 888,5 mln zł. Zasadnicza różnica polega na tym, że pilotaż obejmował tylko część szpitali, podczas gdy nowy standard ma dotyczyć wszystkich placówek w kraju. Więcej szpitali za praktycznie te same pieniądze – każdy z nas może policzyć, że na pojedynczego pacjenta przypadnie jeszcze mniej.
Polacy ruszyli z petycją do premiera – „Przywróć Dobry Posiłek!”
Wśród rosnącego oburzenia organizacja Longevity Foundation wzięła sprawy w swoje ręce i uruchomiła petycję adresowaną bezpośrednio do premiera Donalda Tuska. Akcja nosi wymowne hasło „Przywróć Dobry Posiłek” i jest dostępna na stronie przywrocdobryposilek.pl. Z każdym dniem pod petycją przybywa podpisów Polaków, którzy nie godzą się na pogarszanie warunków leczenia w szpitalach.
Autorzy petycji domagają się trzech konkretnych rzeczy, które trudno nazwać wygórowanymi. Po pierwsze – zachowania odrębnego finansowania żywienia szpitalnego, tak by pieniądze na jedzenie były oznaczone i niemożliwe do przesunięcia. Po drugie – zabezpieczenia tych środków przed przesuwaniem na inne potrzeby szpitali. Po trzecie – oficjalnego uznania wyżywienia za stały, niezbywalny element standardu opieki medycznej.
Nowe przepisy mogłyby teoretycznie podnieść jakość szpitalnego jedzenia – jednolite wymogi, nadzór dietetyczny, kontrole i ankiety pacjenckie to konkretne narzędzia, które w rękach uczciwych zarządców mogłyby przynieść realne efekty. Kluczowa luka polega jednak na braku mechanizmu, który zmusiłby szpitale do faktycznego wydawania pieniędzy na żywienie. Bez wydzielonej ewidencji kosztów nowy standard może pozostać jedynie zbiorem pięknych zasad zapisanych na papierze, a pacjenci nadal będą zdani na dobrą wolę szpitalnych menedżerów – tę samą dobrą wolę, która jak pokazał pilotaż, ma bardzo wyraźne i bardzo niskie granice.









