Polska miała mieć elektrownię atomową już za chwilę. Obietnice były wielkie, terminy jasne, a politycy bili się w piersi, zapewniając, że wszystko idzie zgodnie z planem. Łopaty miały wbić się w ziemię, a Polacy mieli wreszcie odetchnąć z ulgą.
Tymczasem rzeczywistość okazała się brutalna – budowa nie ruszyła, terminy posypały się jak domek z kart, a minister zapytany o sprawę… najpierw zamilkł! Co tak naprawdę dzieje się z polskim atomem i dlaczego rząd Tuska nie potrafi odpowiedzieć na najprostsze pytania? Czytaj dalej, bo to, co usłyszysz, może cię zszokować!
Obietnice jak z bajki – grudniowa farsa, która miała być historycznym momentem
Grudzień 2025 roku miał przejść do historii jako moment, w którym Polska wreszcie wkracza do elitarnego klubu państw z energią jądrową. Kancelaria Premiera ogłaszała z pompą, że budowa pierwszej elektrowni w lokalizacji Lubiatowo-Kopalino na Pomorzu ruszy lada moment. Atmosfera była niemal euforyczna, a politycy koalicji rządzącej prześcigali się w triumfalnych deklaracjach.
Minister energii Miłosz Motyka wręcz nie krył dumy, chwaląc się uzyskaniem zgody Komisji Europejskiej na pomoc publiczną „w rekordowym czasie 12 miesięcy”. Mówił o skuteczności rządu, o transformacji energetycznej, o bezpieczeństwie Polek i Polaków. Brzmiało to pięknie, wręcz za pięknie, jak się wkrótce okazało.
Co więcej, Motyka nie wahał się podkreślać, że to wyłączna zasługa rządu Koalicji 15 Października. „To nie jest hasło, że my robimy, nie gadamy, tylko fakt” – mówił z pewnością siebie, której pozazdrościłby mu niejeden sprzedawca używanych samochodów. Tyle że fakty, jak to zwykle w polityce bywa, postanowiły zagrać na nosie ministerialnym obietnicom.
Termin się rozjechał – z 2025 na 2027, a teraz mówią o 2028!
Pierwotny harmonogram budowy polskiej elektrowni atomowej, ustalony jeszcze za rządów PiS, zakładał start prac w grudniu 2025 roku. Umowę z amerykańskim konsorcjum Westinghouse i Bechtel podpisano z konkretnymi datami i zobowiązaniami. Wszystko wyglądało na solidnie zaplanowane przedsięwzięcie.
Kiedy jednak przyszedł czas na realizację, zamiast dźwięku koparek na placu budowy usłyszeliśmy jedynie kolejne konferencje prasowe z nowymi datami. Minister Motyka zapowiedział, że prace ruszą „już w 2027 roku”, przesuwając termin o dwa lata jak gdyby nigdy nic. Polacy przełknęli to z trudem, ale jeszcze mieli nadzieję.
Teraz okazuje się, że nawet ta przesunięta data jest już nieaktualna i mówi się raczej o roku 2028. Trzy lata opóźnienia w stosunku do pierwotnego planu – to nie jest drobna korekta harmonogramu, to jest kompromitacja na skalę, której trudno szukać precedensu. Pytanie brzmi: czy ktokolwiek w tym rządzie wie, kiedy ta elektrownia faktycznie powstanie?
Minister Berek milczał jak grób, a potem zwalił wszystko na PiS
Moment, na który czekali wszyscy obserwatorzy polskiej sceny politycznej, nadszedł w poniedziałek, gdy dziennikarz Bogdan Rymanowski postanowił zapytać o opóźnienie wprost. Pytanie padło w kierunku Macieja Berka, prawej ręki premiera Tuska, człowieka, który powinien mieć odpowiedzi na wyciągnięcie ręki. To, co nastąpiło potem, przeszło najśmielsze oczekiwania.
Berek przez dłuższą chwilę po prostu milczał. Ta cisza w studiu telewizyjnym mówiła więcej niż tysiąc słów – było w niej zakłopotanie, szukanie odpowiedzi, a może po prostu brak jakichkolwiek sensownych argumentów. Kiedy wreszcie się odezwał, sięgnął po najstarszą sztuczkę w politycznym podręczniku – zrzucił całą winę na poprzedników.
Według Berka okazało się, że umowa podpisana przez rząd PiS była „zła”, a „najbardziej doświadczeni prawnicy łapali się za głowy”, widząc jej zapisy. Ciekawe tylko, dlaczego odkrycie tych rzekomo fatalnych błędów zajęło rządowi Tuska aż dwa i pół roku. Przez cały ten czas nikt nie raczył poinformować opinii publicznej, że coś jest nie tak z dokumentami, na których opiera się największa inwestycja energetyczna w historii Polski.
„Relacje były nierówne” – co to właściwie znaczy?
Kiedy Berek został dopytany o konkretne błędy w umowie, odpowiedział w sposób, który mógłby zwyciężyć w konkursie na najbardziej enigmatyczną wypowiedź roku. Stwierdził jedynie, że „relacje stron polskiej i amerykańskiej były dalece nierówne”. To zdanie, choć brzmi poważnie, w praktyce nie mówi absolutnie niczego konkretnego.
Czy chodziło o niekorzystne warunki finansowe? O brak zabezpieczeń dla strony polskiej? O zbyt dużą swobodę dla amerykańskich korporacji? Tego nie wiemy, bo minister nie raczył wyjaśnić szczegółów. Polacy zostali z ogólnikowym stwierdzeniem, które równie dobrze mogłoby dotyczyć dowolnej umowy międzynarodowej w historii świata.
Co więcej, jeśli umowa rzeczywiście była tak fatalna, jak sugeruje Berek, to naturalnym pytaniem jest: dlaczego rząd Tuska jej po prostu nie renegocjował natychmiast po objęciu władzy? Dwa i pół roku to wystarczająco dużo czasu, by postawić nawet najgorzej skonstruowaną umowę „na nogi”. Tymczasem jedynym efektem tych dwóch i pół roku jest przesunięcie terminu o kolejne lata i polityczne zaklęcia, że „już wkrótce ruszy”.
Polska bez atomu – komu to na rękę?
W tle całej tej sprawy rysuje się znacznie poważniejsze pytanie, którego politycy rządu Tuska starannie unikają. Czy opóźnianie budowy elektrowni atomowej to wynik niekompetencji, czy może świadoma strategia? Polska bez własnego atomu pozostaje uzależniona od importu energii i paliw kopalnych, a to kosztuje każdego obywatela realne pieniądze.
Europa zmierza w kierunku energetyki jądrowej – Francja od dekad czerpie z niej korzyści, Czechy budują nowe bloki, nawet Włochy wracają do atomu. Tymczasem Polska, zamiast dołączyć do tego wyścigu, grzęźnie w biurokratycznym bagnie i politycznych przepychankach. Każdy rok opóźnienia to nie tylko strata wizerunkowa, ale przede wszystkim konkretne miliardy złotych, które mogłyby zasilić polską gospodarkę.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że obywatele tracą cierpliwość i zaufanie do jakichkolwiek obietnic dotyczących polskiego atomu. Projekt, który miał być symbolem modernizacji kraju, staje się symbolem politycznej niemocy i wzajemnego obwiniania się kolejnych ekip rządzących. A rachunki za prąd tymczasem nie czekają na żadne decyzje polityków i rosną z każdym kolejnym kwartałem.
Czy elektrownia atomowa w Polsce w ogóle powstanie?
To pytanie, które jeszcze kilka lat temu wydawało się absurdalne, dziś nabiera przerażającej aktualności. Kolejne przesuwanie terminów, enigmatyczne tłumaczenia ministrów i brak jakichkolwiek widocznych postępów na placu budowy każą się zastanowić, czy ten projekt nie jest powoli wygaszany. Politycy mówią „wkrótce”, ale to słowo w ich ustach straciło już wszelkie znaczenie.
Rząd PiS podpisał umowę i ustalił harmonogram, rząd Tuska miał go realizować, ale zamiast tego spędził dwa i pół roku na narzekaniu na poprzedników. Efekt jest taki, że Polska nie ma ani elektrowni, ani nawet wiarygodnego planu jej budowy. Jest za to mnóstwo konferencji prasowych, oświadczeń i wzajemnych oskarżeń, które nikogo nie ogrzeją zimą.
Jedno jest pewne – Polacy zasługują na jasną odpowiedź, a nie na polityczną grę w kotka i myszkę. Czy elektrownia atomowa w Choczewie powstanie, czy nie? A jeśli tak, to kiedy konkretnie? Bo odpowiedź „wkrótce” z ust polityków, którzy przesunęli termin już trzykrotnie, brzmi dziś jak ponury żart. Czas pokaże, czy polski atom to wciąż realny projekt, czy już tylko kolejna pusta obietnica, która skończy na politycznym cmentarzu niezrealizowanych planów.
Źródło: wPolsce24, Radio Zet









