Myśleliście, że możecie spać spokojnie i wasze pieniądze są bezpieczne, ale rząd właśnie wyciągnął asa z rękawa, który może zrujnować tysiące domowych budżetów. Ten projekt to prawdziwa bomba z opóźnionym zapłonem, a politycy w zaciszu gabinetów szykują rewolucję, która siłą wepchnie was na etat i zabierze ciężko zarobioną gotówkę. Nikt nie spodziewał się takiego zwrotu akcji, zwłaszcza że premier obiecywał zamrożenie prac, a teraz wszystko wraca ze zdwojoną siłą.
Jeżeli pracujesz na B2B lub masz umowę zlecenie, musisz to przeczytać, zanim urzędnik zapuka do twoich drzwi z decyzją, od której nie będzie odwrotu. W koalicji rządzącej panuje totalny chaos, puszczają nerwy, a najnowsze sondaże pokazują, że Polacy są wściekli jak nigdy dotąd. Sprawdź koniecznie, co szykują dla ciebie rządzący i czy twoja wypłata nie stopnieje lada dzień.
Polityczne trzęsienie ziemi i powrót legislacyjnego koszmaru
Wydawało się, że ten temat został pogrzebany raz na zawsze, a przedsiębiorczy Polacy odetchnęli z ulgą po ostatnich deklaracjach premiera Tuska. Niestety, radość była przedwczesna, bo na biurka w Rządowym Centrum Legislacji trafił dokument, który jeży włos na głowie nawet najbardziej doświadczonym prawnikom. To nie jest zwykła nowelizacja, to legislacyjny walec, który ma przejechać się po rynku pracy i wycisnąć z niego ostatnie soki, nie patrząc na protesty i dramaty ludzkie.
Atmosfera w rządzie jest tak gęsta, że można ją kroić nożem, a plotki o rozpadzie koalicji stają się coraz głośniejsze i bardziej prawdopodobne. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk nie odpuszcza i prze do zmian, które mogą wysadzić w powietrze kruchy sojusz polityczny, a wszystko to dzieje się przy akompaniamencie głośnych sprzeciwów ze strony PSL. Joanna Knapińska, szefowa RCL, już dawno ostrzegała premiera, że ten projekt to mina przeciwpiechotna, ale wygląda na to, że polityczne ambicje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem.
Sytuacja jest dynamiczna, a nerwowość udziela się wszystkim, od szeregowych posłów po największych graczy biznesowych w tym kraju. Projekt wraca w nowej, rzekomo łagodniejszej wersji, ale eksperci nie mają złudzeń – to wciąż ten sam wilk, tylko przebrany w owczą skórę. Walka toczy się o gigantyczne pieniądze i kontrolę nad setkami tysięcy pracowników, którzy do tej pory cieszyli się swobodą gospodarczą, a teraz mogą stać się ofiarami urzędniczej machiny.
Pułapka na przedsiębiorców i wyroki za 40 złotych
Nowe przepisy wprowadzają mechanizm, który przypomina ponury żart, ale niestety nim nie jest i może dotknąć każdego z nas. Inspektor pracy nie wejdzie co prawda „z buta” z natychmiastową decyzją, ale dostanie do ręki narzędzia, które pozwolą mu nękać firmy i pracowników długotrwałymi procesami sądowymi. Procedura ma być dwuetapowa: najpierw uprzejme polecenie zmiany umowy, a jeśli się nie zgodzisz, machina ruszy pełną parą i skończy się w sądzie, gdzie stawką będzie twoja przyszłość zawodowa.
Największym absurdem, który budzi salwy śmiechu przez łzy, jest pomysł wprowadzenia tak zwanych interpretacji indywidualnych za śmieszną kwotę 40 złotych. Za cenę dwóch kaw będziesz mógł zapytać urzędnika, czy łaskawie pozwoli ci pracować na własnych zasadach, czy może jednak uzna cię za etatowca. To brzmi jak skecz kabaretowy, ale rządzący wierzą, że taki „dupochron” uspokoi nastroje społeczne i zachęci ludzi do dobrowolnego poddania się weryfikacji.
Nie dajcie się jednak zwieść pozorom, bo jeśli stan faktyczny w waszej pracy będzie choć trochę inny niż w papierach, żadna interpretacja was nie uratuje przed kontrolą. Urzędnicy zyskają dostęp do danych z ZUS i skarbówki, więc będą wiedzieć o was wszystko, zanim jeszcze przekroczą próg waszego biura. To inwigilacja na niespotykaną skalę, która ma na celu uszczelnienie systemu, ale w praktyce może doprowadzić do paraliżu wielu prężnie działających firm.
Polacy mówią „dość” i boją się o swoje pensje
Sondaże są bezlitosne dla rządzących i pokazują czarno na białym, że społeczeństwo ma już po dziurki w nosie majstrowania przy ich umowach i pieniądzach. Nawet wyborcy lewicy, którzy teoretycznie powinni klaskać z radości, odwracają się plecami do pomysłu przymusowego uszczęśliwiania ludzi etatami. Ludzie doskonale wiedzą, że w tym wszystkim nie chodzi o ich prawa pracownicze czy urlopy, ale o zwykły skok na kasę i łatanie dziury budżetowej ich kosztem.
Strach zagląda w oczy setkom tysięcy specjalistów, którzy na własnej skórze przeliczyli, że przejście na etat to drastyczny spadek wynagrodzenia netto. Nikt nie chce oddawać swoich ciężko zarobionych pieniędzy w formie wyższych podatków i składek, zwłaszcza gdy widzi, jak te środki są marnotrawione przez polityków. Oburzenie rośnie z dnia na dzień, a wizja chudszych portfeli sprawia, że nawet najwierniejsi fani obecnej władzy zaczynają głośno wyrażać swoje niezadowolenie.
Jeśli ustawa wejdzie w życie w obecnym kształcie, czeka nas prawdziwy armagedon na rynku pracy i masowa ucieczka w szarą strefę lub za granicę. Trzy miesiące vacatio legis to śmiech na sali przy tak fundamentalnych zmianach, które wywracają życie zawodowe do góry nogami. Wszyscy zadają sobie teraz jedno pytanie: czy rządzący opamiętają się w ostatniej chwili, czy pociągną nas wszystkich na dno w imię ideologicznej walki z przedsiębiorczością?









