Czy Donald Tusk podzieli los południowoamerykańskiego dyktatora i zostanie wyprowadzony w kajdankach przez amerykańskie służby?! Taką szokującą wizję roztoczył jeden z czołowych polityków PiS, wywołując prawdziwe trzęsienie ziemi nie tylko w internecie, ale i we własnej partii. Mariusz Kamiński nie gryzł się w język, a jego słowa sprawiły, że na Nowogrodzkiej zapadła grobowa cisza, przerywana jedynie krzykami wściekłości.
Czy to koniec marzeń o powrocie do władzy przez „łatkę oszołomów”, o której szepczą przerażeni posłowie opozycji, bojąc się kompromitacji? W kuluarach mówi się o otwartej wojnie, a Radosław Fogiel dwoi się i troi, by ratować wizerunek ugrupowania po tej niefortunnej szarży w mediach społecznościowych. Zobaczcie koniecznie, co dokładnie wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami i dlaczego politycy PiS mają już dość wyskoków swoich kolegów – te szczegóły zwalają z nóg!
Szokujące porównanie do dyktatora i nocna burza w sieci
Wszystko zaczęło się od sensacyjnych doniesień zza oceanu, gdzie Donald Trump pochwalił się brawurową akcją przeciwko prezydentowi Wenezueli. Nikt jednak nie spodziewał się, że te odległe wydarzenia staną się zapalnikiem do brutalnej wojny polsko-polskiej, zainicjowanej jednym wpisem w serwisie X. Mariusz Kamiński, znany z bezkompromisowych opinii, postanowił wykorzystać moment i zasugerował, że polski premier może skończyć dokładnie tak samo, jak aresztowany Nicolas Maduro.
Ten wpis to była prawdziwa iskra rzucona na beczkę prochu, która momentalnie eksplodowała w polskiej infosferze, wywołując skrajne emocje u odbiorców. Europoseł PiS bez ogródek stwierdził, że tak właśnie kończą dyktatorzy, rysując przed oczami internautów wizję Tuska zatrzymanego przez obce służby. Dla jednych była to ostry polityczny komentarz, ale dla wielu obserwatorów sceny politycznej te słowa przekroczyły wszelkie granice absurdu i dyplomatycznej powagi.
Reakcja była natychmiastowa i lawinowa, a internet zapłonął od domysłów, czy jest to oficjalna linia partii, czy może prywatna szarża byłego ministra. Atmosfera zagęściła się w ułamku sekundy, a polityczni komentatorzy przecierali oczy ze zdumienia, czytając sugestie o amerykańskiej interwencji w Polsce. To, co miało być uderzeniem w politycznego rywala, zamieniło się w groteskowy spektakl, który może mieć swoje poważne konsekwencje w sondażach.
Wściekłość na korytarzach PiS i strach przed „łatką wariata”
Okazuje się jednak, że najbardziej zszokowani nie byli wyborcy koalicji rządzącej, ale sami koledzy partyjni Mariusza Kamińskiego, którzy mają dosyć tłumaczenia się z dziwnych teorii. Jak donoszą zakulisowe źródła, wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości dosłownie zagotowało się ze złości, a telefony polityków rozgrzały się do czerwoności. Wielu posłów nie ukrywa, że takie wpisy to strzał w kolano, który zamiast pomagać w walce z rządem, robi z poważnej partii pośmiewisko w oczach umiarkowanego elektoratu.
Anonimowi politycy PiS w rozmowach z dziennikarzami nie zostawiają na autorze wpisu suchej nitki, mówiąc wprost o przypinaniu im „łatki oszołomów”. Jeden z parlamentarzystów z rozgoryczeniem przyznał, że wybory wygrywa się konkretami i ciężką pracą, a nie fantazjami o aresztowaniach dokonywanych przez obce mocarstwa. W partii panuje przekonanie, że tego typu narracja jest wodą na młyn dla przeciwników politycznych, którzy tylko czekają na takie potknięcia.
Frustracja narasta z każdym dniem, bo szeregowi posłowie czują, że muszą świecić oczami za harce prominentnych działaczy, którzy oderwali się od rzeczywistości. Padają mocne słowa o szkodliwości takich działań, które niweczą trud budowania wizerunku nowoczesnej i odpowiedzialnej prawicy. Widać wyraźnie, że w ugrupowaniu tworzy się głęboka rysa, a część polityków ma już serdecznie dość bycia wrzucanym do jednego worka z radykałami głoszącymi teorie spiskowe.
Fogiel rusza na ratunek i tłumaczy „kryptodyktaturę”
Do akcji gaśniczej musiał wkroczyć Radosław Fogiel, który podjął desperacką próbę wytłumaczenia całej sytuacji i złagodzenia fatalnego wydźwięku słów kolegi. W porannej audycji radiowej starał się obrócić sprawę w żart, twierdząc, że Amerykanie nie są tak naiwni, by interesować się polskim premierem w takim kontekście. Jego słowa miały uspokoić nastroje, ale wyczuwalne było napięcie i konieczność szybkiego uciekania od niewygodnego tematu „porwania Tuska”.
Polityk próbował przekierować uwagę słuchaczy na rzekomy brak relacji obecnego rządu z administracją USA, sugerując, że Tusk jest tam persona non grata. Użył nawet barwnego porównania do postaci z kreskówek, byle tylko odwrócić uwagę od niefortunnego tweeta Kamińskiego i zmienić narrację na taką, która uderza w kompetencje rządu. To klasyczna zagrywka PR-owa, mająca na celu przykrycie wpadki kolejnym atakiem, tym razem nieco bardziej przemyślanym.
Na koniec Fogiel musiał jednak postawić sprawę jasno: żadni Marines nie wylądują w Warszawie, by zrobić porządek z polskimi władzami. Zaznaczył wyraźnie, że odsuwanie rządu od władzy to zadanie dla wyborców przy urnach, a nie dla zagranicznych służb specjalnych. Mimo to, nie omieszkał wbić szpilki, przywołując termin „kryptodyktatury”, co pokazuje, że PiS mimo wizerunkowej katastrofy, nie zamierza rezygnować z ostrego języka wobec swoich oponentów.









