Przez ponad dekadę Viktor Orbán rządził Węgrami żelazną ręką, a jego pozycja wydawała się nie do ruszenia. Teraz wszystko może runąć jak domek z kart, bo najnowszy sondaż pokazuje coś, czego sam premier chyba się nie spodziewał.
Peter Magyar i jego partia Tisza miażdżą Fidesz w badaniach opinii publicznej, a do historycznych wyborów zostały już tylko tygodnie. Czy 12 kwietnia przejdzie do historii jako dzień, w którym Węgry obudziły się w zupełnie nowej rzeczywistości? Czytaj dalej, bo te liczby mówią same za siebie!
Brutalne liczby, które nie kłamią – Tisza demoluje Fidesz w sondażu
Centrum Badań 21 na zlecenie portalu 24.hu przeprowadziło sondaż, którego wyniki mogą przyprawiać o dreszcze ekipę Viktora Orbána. Badanie zrealizowane między 2 a 6 marca 2026 roku pokazuje, że aż 53 procent zdecydowanych wyborców chce oddać swój głos na opozycyjną partię Tisza. To oznacza ni mniej, ni więcej, tylko 115 mandatów w węgierskim parlamencie – a więc wygodną, samodzielną większość.
Fidesz premiera Orbána może liczyć na poparcie 39 procent badanych, co przełożyłoby się na zaledwie 78 mandatów. Owszem, partia rządząca odnotowała dwuprocentowy wzrost w porównaniu z poprzednim badaniem, ale bądźmy szczerzy – to jak przyklejenie plastra na złamaną nogę. Przepaść między obiema formacjami wciąż jest gigantyczna i wynosi aż 14 punktów procentowych. Trudno tu mówić o jakimkolwiek odwróceniu trendu.
Co ciekawe, 92 procent ankietowanych, którzy deklarują udział w wyborach, zagłosowałoby na jedną z dwóch głównych partii. Reszta sceny politycznej praktycznie nie istnieje w świadomości wyborców. Jedyną formacją, która jeszcze zdołałaby wślizgnąć się do parlamentu, jest skrajny Ruch Naszej Ojczyzny z pięcioprocentowym poparciem i zaledwie sześcioma mandatami. Węgierska polityka skurczyła się do starcia dwóch tytanów.
Peter Magyar – człowiek, który wyrósł na pogromcę Orbána
Jeszcze kilka lat temu mało kto poza Węgrami słyszał o Peterze Magyarze, a dziś to on jest najpoważniejszym pretendentem do fotela premiera w Budapeszcie. Lider Tiszy zdołał zjednoczyć wokół siebie tych wszystkich, którzy mieli dość wieloletnich rządów Fideszu. Jego partia nie tylko prowadzi w sondażach, ale robi to z tak dużą przewagą, że trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym Orbán cudem odwraca losy tej batalii.
To, co czyni sytuację naprawdę dramatyczną, to fakt, że Fidesz rządzi Węgrami nieprzerwanie od 2010 roku. Przez szesnaście lat Viktor Orbán budował system, który wydawał się odporny na wszelkie wstrząsy – kontrolował media, zmieniał ordynację wyborczą, obsadzał kluczowe stanowiska swoimi ludźmi. A teraz jeden człowiek z relatywnie młodą partią polityczną grozi wysadzeniem tego wszystkiego w powietrze. Jeśli sondaże się potwierdzą, będziemy świadkami politycznego trzęsienia ziemi.
Warto podkreślić, że 115 mandatów dla Tiszy oznaczałoby bezwzględną większość w 199-osobowym Zgromadzeniu Narodowym. Magyar nie musiałby szukać koalicjantów ani iść na żadne kompromisy. Mógłby rządzić samodzielnie, co w węgierskich realiach politycznych byłoby absolutną rewolucją. Pytanie tylko, czy wyborcy rzeczywiście pójdą do urn w takich nastrojach, w jakich odpowiadali na pytania ankieterów.
Ostatni dzwonek dla Orbána – co może się wydarzyć do 12 kwietnia?
Do wyborów parlamentarnych na Węgrzech pozostało niewiele czasu, a stawka jest astronomicznie wysoka. 12 kwietnia Węgrzy wybiorą 199 deputowanych do jednoizbowego Zgromadzenia Narodowego, z czego 106 w okręgach jednomandatowych i 93 z list ogólnokrajowych. Ten mieszany system sprawia, że walka toczy się na dwóch frontach jednocześnie, a każdy głos może mieć kluczowe znaczenie.
Viktor Orbán to polityczny wyjadacz i nie można go skreślać przed czasem. Kampania wyborcza dopiero nabiera tempa, a premier wielokrotnie udowadniał, że potrafi odwracać niekorzystne trendy na ostatniej prostej. Kontrola nad znaczną częścią mediów, potężna machina partyjna i doświadczenie w prowadzeniu brutalnych kampanii to atuty, których Peter Magyar nie może lekceważyć. Najbliższe tygodnie mogą przynieść zwroty akcji, jakich nikt się nie spodziewa.
Jedno jest pewne – Węgry stoją u progu historycznego momentu. Jeśli Tisza wygra wybory tak, jak wskazują sondaże, zakończy się era, która definiowała nie tylko węgierską politykę, ale i kształtowała debatę o przyszłości całej Unii Europejskiej. Oczy całego kontynentu będą zwrócone na Budapeszt 12 kwietnia, bo to, co wydarzy się nad Dunajem, może zmienić układ sił w Europie na lata. Finałowy gong jeszcze nie zabrzmiał, ale odliczanie już się zaczęło.









