Spór między Warszawą a Kijowem właśnie dostał kolejny mocny symbol. Michał Kamiński, wicemarszałek Senatu, zdecydował się oddać dwa ukraińskie odznaczenia państwowe. To odpowiedź na polityczną burzę po decyzji Karola Nawrockiego wobec Wołodymyra Zełenskiego i reakcjach ukraińskich elit.
Najmocniej wybrzmiewa jednak nie sam gest, lecz jego uzasadnienie. W liście do ambasadora Ukrainy w Polsce polityk pisze o Wołyniu, UPA, ekshumacjach i granicy, po której jego zdaniem nie da się już udawać, że problem nie istnieje.
Polski gest po ukraińskich rezygnacjach z orderów
Decyzja Michała Kamińskiego pojawiła się w momencie, gdy konflikt o odznaczenia zaczął działać w obie strony. Najpierw prezydent Karol Nawrocki ogłosił, że zdecydował o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego, przyznanego ukraińskiemu przywódcy w 2023 roku przez Andrzeja Dudę. W tle tej decyzji znalazło się nadanie imienia Bohaterów UPA jednej z ukraińskich jednostek wojskowych.
Na ten ruch odpowiedzieli ukraińscy politycy, którzy zaczęli zrzekać się polskich odznaczeń państwowych. Wśród nich wymieniono szefa ukraińskiego MSZ Andrija Sybihę, szefa Biura Prezydenta Ukrainy Kyryłę Budanowa, jego zastępcę Ihora Żowkwę oraz ambasadora Ukrainy w Polsce Wasyla Bodnara. Do tego grona dołączył także były prezydent Ukrainy Leonid Kuczma, który zrezygnował z Orderu Orła Białego otrzymanego w 1997 roku.
Kamiński wykonał ruch przeciwny, ale równie politycznie czytelny. Wicemarszałek Senatu poinformował, że zwraca dwa ukraińskie odznaczenia państwowe, które otrzymał za działalność na rzecz europejskiej integracji Ukrainy. Tym samym spór przestał być wyłącznie reakcją Kijowa na decyzję Warszawy, a stał się wymianą gestów uderzających w samą symbolikę polsko-ukraińskiego partnerstwa.
W liście padło uzasadnienie, które uderza w najczulszy punkt
Kamiński skierował pismo do ambasadora Ukrainy w Polsce Wasyla Bodnara. Wskazał w nim, że jego decyzja ma związek z działaniami i wypowiedziami prezydenta Ukrainy, popartymi przez byłych prezydentów oraz znaczną część ukraińskiej klasy politycznej. To ważny szczegół, bo polityk nie przedstawia swojego gestu jako chwilowej emocji, lecz jako reakcję na szerszą postawę ukraińskich elit.
Wicemarszałek Senatu podkreślił, że ukraińskie odznaczenia przyjmował jako wyraz uznania dla wieloletniej pracy na rzecz strategicznego partnerstwa Polski i Ukrainy. Przypomniał, że Polska przez lata wspierała Kijów politycznie, dyplomatycznie i gospodarczo, zabiegając o miejsce Ukrainy w strukturach europejskich i euroatlantyckich. W tym samym wywodzie pojawił się jednak gorzki wniosek: dobra wola ze strony Polski nie spotkała się, w jego ocenie, z należytą wzajemnością.
Najbardziej zapalne okazało się odniesienie do pamięci historycznej. Kamiński wskazał na wieloletnie trudności z ekshumacjami polskich ofiar zbrodni wołyńskiej i zestawił je z informacją, że ekshumacje żołnierzy Wehrmachtu na Ukrainie były prowadzone bez podobnych przeszkód administracyjnych czy politycznych. Ten kontrast buduje najostrzejszy fragment sprawy, bo przenosi konflikt z poziomu odznaczeń na pytanie o hierarchię pamięci i szacunek wobec ofiar.
Wołyń wraca jako warunek prawdziwego partnerstwa
W dalszej części pisma Kamiński odniósł się do ogromnej skali pomocy udzielanej Ukrainie. Mówił o wsparciu militarnym, politycznym i humanitarnym, o otwarciu granic oraz o przekonaniu, że Ukraina walczy o wartości ważne dla demokratycznego świata. To nie jest jednak pochwała bez dalszego ciągu, bo zaraz potem pojawia się rozczarowanie tym, czego zdaniem polityka wciąż zabrakło.
Wicemarszałek Senatu stwierdził, że Ukraina nadal nie zdobyła się na jednoznaczne potępienie sprawców zbrodni wołyńskiej oraz masowych mordów dokonanych przez OUN i UPA na obywatelach Rzeczypospolitej. W jego ocenie trudno zrozumieć, dlaczego środowiska odpowiedzialne za jedną z najtragiczniejszych kart w historii relacji polsko-ukraińskich bywają nadal przedstawiane jako wzorce patriotyzmu. To najmocniejszy politycznie fragment listu, bo dotyka nie bieżącego sporu dyplomatycznego, lecz fundamentu wzajemnego zaufania.
Kamiński zaznaczył, że nie może zatrzymać odznaczeń w sytuacji, gdy najwyższe władze Ukrainy i znacząca część elit politycznych nie potępiły jednoznacznie sprawców zbrodni wołyńskiej. Właśnie ten argument nadaje jego decyzji ciężar większy niż zwykły protest. Odznaczenia przestają być pamiątką dawnej współpracy, a zaczynają symbolizować pytanie, czy ta współpraca może trwać bez uczciwego rozliczenia historycznego.
Ten kryzys coraz trudniej będzie zatrzymać
Gest Kamińskiego pokazuje, że spór o odznaczenia zaczyna rozlewać się poza decyzje prezydentów i reakcje dyplomatyczne. W kolejnych ruchach pojawiają się byli prezydenci, ministrowie, ambasadorowie i parlamentarzyści, a każdy następny zwrot orderu wzmacnia wrażenie, że relacje Warszawy i Kijowa weszły w niebezpiecznie symboliczną fazę. W takiej atmosferze nawet pojedynczy list może stać się paliwem dla dużo szerszego konfliktu.
Największe napięcie polega na tym, że obie strony mówią już językiem honoru, pamięci i politycznego uznania. To są tematy, z których trudno wycofać się bez kosztów wizerunkowych, zwłaszcza gdy w tle są Wołyń, UPA, państwowe odznaczenia i pomoc udzielana Ukrainie przez Polskę. Kamiński napisał, że działa z głębokim żalem, ale także z przekonaniem, że prawdziwe partnerstwo może powstać tylko na fundamencie prawdy, szacunku dla ofiar i wzajemnej uczciwości.
To zdanie pokazuje, dlaczego sprawa nie skończy się na samym oddaniu dwóch odznaczeń. Jeśli symboliczne gesty będą się mnożyć, presja na polityczne wyjaśnienia będzie rosła po obu stronach granicy. A wtedy pytanie nie będzie już brzmiało, kto oddał który order, lecz czy Warszawa i Kijów potrafią jeszcze zatrzymać kryzys, zanim pamięć historyczna na dobre przykryje bieżące partnerstwo.









