Tusk może stracić cierpliwość do Żurka i Sobierańskiej-Grendy. W rządzie mówi się już o drugich szansach

W koalicji rządzącej narasta napięcie wokół dwóch ministrów wprowadzonych do gabinetu po rekonstrukcji. Waldemar Żurek i Jolanta Sobierańska-Grenda mieli dać rządowi nową energię, a dziś ich przyszłość opisywana jest jako coraz mniej pewna. Najostrzejsze opinie uderzają w tempo zmian, medialne wpadki i brak widocznego przełomu.

Jeśli te sygnały przełożą się na decyzje Donalda Tuska, przed wyborami w 2027 roku rząd może przejść kolejne poważne roszady. Dla premiera byłby to test, czy wizerunkowe straty da się jeszcze odwrócić bez politycznego trzęsienia ziemi.

Dwa nazwiska znalazły się pod lupą koalicjantów

Jolanta Sobierańska-Grenda i Waldemar Żurek weszli do rządu w lipcu 2025 roku, gdy Donald Tusk przebudowywał gabinet po serii politycznych napięć. Minister zdrowia zastąpiła Izabelę Leszczynę, a minister sprawiedliwości przejął resort po Adamie Bodnarze, co od początku budziło oczekiwania szybkiego efektu.

Nieoficjalne głosy z koalicji są jednak bezlitosne. Rozmówcy opisują brak tempa, paraliż i serię wpadek, a jeden z polityków miał stwierdzić, że oboje nie powinni dostawać drugich szans, jeśli obóz władzy myśli o utrzymaniu rządów.

Służba zdrowia stała się największym obciążeniem

Sobierańska-Grenda przyszła do resortu jako ekspertka, a nie typowa twarz partyjnej walki. Ten atut szybko zaczął się jednak zamieniać w problem, bo jej publiczne wypowiedzi o ochronie zdrowia wywołały krytykę w momencie, gdy pacjenci słyszą o zamykanych oddziałach i odwoływanych zabiegach.

Najmocniej odbiła się wypowiedź w Polsat News o tym, że minister jeździ po kraju i widzi radość z pieniędzy z KPO przeznaczonych na ochronę zdrowia. W politycznym odbiorze taka fraza zabrzmiała jak oderwanie od problemów, które wyborcy widzą w kolejkach, szpitalach i dostępności leczenia.

Żurek miał przyspieszyć sprawy, ale rośnie rozczarowanie

Waldemar Żurek obejmował Ministerstwo Sprawiedliwości jako były sędzia, były członek KRS i postać kojarzona ze sporem o praworządność. Oczekiwanie było proste: resort miał działać szybciej, a zmiany miały być widoczne dla wyborców i koalicji.

Tymczasem w kuluarach pada zarzut, że niczego nie przyspieszył. Jeśli takie oceny utrzymają się bliżej kampanii, premier może uznać, że ministrowie bez politycznego efektu stają się obciążeniem większym niż ryzyko kolejnej wymiany.

Rekonstrukcja może wrócić szybciej, niż zakładano

W tle jest kalendarz wyborczy i pytanie, czy rząd może wejść w rok 2027 z ministrami, których nawet część własnego obozu uważa za problem. Dla Tuska stawką nie jest tylko personalna wymiana, ale pokazanie, że gabinet potrafi reagować, zanim kryzys przyklei się do całej koalicji.

Nie ma oficjalnej decyzji o dymisjach, ale sam fakt, że takie nazwiska pojawiają się w nieoficjalnych rozmowach, pokazuje skalę napięcia. Władza zaczyna liczyć straty, a to zwykle oznacza, że czas na spokojne tłumaczenia gwałtownie się kurczy.

Udostępnij to 👇