Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła stan zagrożenia zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym. Powodem są zakażenia Ebolą, które pojawiły się nie tylko w trudno dostępnych rejonach Demokratycznej Republiki Konga, ale także w Kinszasie i Kampali. Eksperci obawiają się, że oficjalne dane mogą nie pokazywać pełnej skali problemu.
Największy niepokój budzi szczep Bundibugyo, dla którego nie ma zatwierdzonych szczepionek ani specyficznego leczenia. W takich warunkach najbliższe tygodnie mogą przesądzić o tym, czy uda się ograniczyć rozwój epidemii.
Ognisko choroby wyszło poza lokalny problem
Pierwsze sygnały zagrożenia przez wiele tygodni pojawiały się głównie w trudno dostępnych rejonach Demokratycznej Republiki Konga. Początkowo sytuacja wyglądała na związaną z terenami górniczymi i lokalnymi skupiskami zakażeń. Później zaczęły napływać informacje, które wskazywały na szerszy zasięg problemu.
Przełomem było potwierdzenie zakażeń w Kinszasie i Kampali. Kinszasa jest stolicą Konga i liczy około 20 milionów mieszkańców, więc ryzyko przestało mieć wyłącznie lokalny charakter. Pojawienie się przypadków w Kampali oznaczało dodatkowo element transmisji transgranicznej.
WHO uruchomiła najwyższy poziom alarmu
WHO ogłosiła PHEIC, czyli stan zagrożenia zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym. Organizacja wskazała na transmisję transgraniczną, niewyjaśnione zgony i trudności z ustaleniem rzeczywistej liczby zakażeń. Taka decyzja ma przyspieszyć mobilizację pieniędzy, ludzi i działań kryzysowych.
Dyrektor generalny WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus zwrócił uwagę na szczególnie trudny charakter obecnej sytuacji. Chodzi o szczep Bundibugyo, dla którego nie ma zatwierdzonych szczepionek ani specyficznego leczenia. Dodatkowym problemem jest niestabilna sytuacja bezpieczeństwa we wschodnim Kongu, utrudniająca monitoring i pomoc medyczną.
Oficjalne liczby mogą być tylko fragmentem obrazu
Według danych Africa Centres for Disease Control and Prevention do połowy maja w Kongu potwierdzono osiem laboratoryjnych przypadków Eboli. Jednocześnie odnotowano 336 podejrzanych zakażeń i 87 podejrzanych zgonów w prowincji Ituri. W Ugandzie wykryto dwa przypadki w Kampali, w tym jeden zakończony śmiercią chorego.
Specjaliści alarmują, że wirus mógł krążyć niezauważony przez wiele tygodni. Wstępne badania laboratoryjne wykazały osiem dodatnich wyników spośród trzynastu próbek. Podejrzane przypadki pojawiły się również w sąsiedniej prowincji Północne Kiwu, co zwiększa obawy przed dalszym rozprzestrzenianiem.
Personel medyczny znalazł się na pierwszej linii ryzyka
Szczególnie niepokojące są doniesienia dotyczące placówek medycznych. Co najmniej czterech pracowników służby zdrowia zmarło w okolicznościach wskazujących na gorączkę krwotoczną. Eksperci obawiają się, że mogło dojść do zakażeń wewnątrz szpitali i punktów pomocy.
Międzynarodowy alarm ma umożliwić szybszą koordynację działań i skuteczniejsze monitorowanie nowych przypadków. To pierwsza taka decyzja od czasu uznania mpox za globalne zagrożenie zdrowotne w 2024 roku. Teraz najważniejsze będzie szybkie ustalenie realnej skali zakażeń i ochrona ludzi, którzy próbują zatrzymać epidemię na miejscu.









