Debata w TVP miała dotyczyć ustrojowej roli prezydenta, ale największe emocje wywołała wypowiedź Doroty Wysockiej-Schnepf. Dziennikarka powiedziała, że problem może tkwić w ludziach, nawiązując do wyboru głowy państwa i możliwych decyzji Zgromadzenia Narodowego. Dla części widzów zabrzmiało to jak uderzenie nie tylko w prezydenta, lecz także w wyborców.
W programie padła teza, że Polska nie potrzebuje prezydenta wybieranego w głosowaniu powszechnym. Reakcja publiczności pokazała jednak, jak małe poparcie ma taki pomysł.
Debata zaczęła się od pytania o wybór prezydenta
Program „Zderzenia. Schnepf z Nawrockim” postawił pod dyskusję tezę, że Polska nie potrzebuje prezydenta z powszechnego wyboru. Eliza Michalik argumentowała, że obecny model miał być pisany na dobre czasy i zakładał godne zachowanie osoby sprawującej najwyższy urząd.
Takie postawienie sprawy natychmiast przeniosło debatę z poziomu ustroju na ocenę konkretnych ludzi. W tle pojawił się prezydent Karol Nawrocki, którego krytycy przedstawiają jako dowód na słabość obecnych rozwiązań.
Jedno zdanie prowadzącej rozpaliło internet
Dorota Wysocka-Schnepf stwierdziła w pewnym momencie, że skoro problem tkwi w ludziach i w tym, jakiego mamy prezydenta, to podobny problem może dotyczyć także osób wybieranych do Zgromadzenia Narodowego. Wypowiedź miała formę pytania do gości, ale została odebrana jako bardzo mocna polityczna sugestia.
Krytycy uznali, że prowadząca uderzyła w wyborców i podważyła sens powszechnego wyboru głowy państwa. Zwolennicy takiej debaty mogą odpowiadać, że chodziło o mechanizmy ustrojowe, lecz emocjonalny odbiór zdania poszedł znacznie dalej.
Publiczność nie dała się przekonać
Współprowadzący Grzegorz Nawrocki przedstawił na początku programu wyniki sondy wśród publiczności. Tezę o braku potrzeby powszechnego wyboru prezydenta poparło tylko 16 procent osób obecnych w studiu.
Po dyskusji wynik był jeszcze niższy, bo za tezą opowiedziało się 10 procent publiczności. To szczególnie dotkliwe dla zwolenników zmiany modelu, ponieważ program nie tylko nie przekonał widzów, ale najwyraźniej wzmocnił ich sprzeciw.
Spór o prezydenta stał się sporem o obywateli
Najbardziej zapalny punkt tej historii nie dotyczy samej konstytucyjnej konstrukcji urzędu. Chodzi o wrażenie, że część komentatorów po nieakceptowanym wyniku wyborów zaczyna kwestionować nie decyzję polityków, lecz dojrzałość wyborców.
To dlatego słowa z debaty tak szybko obiegły sieć. W państwie, w którym prezydent wybierany jest bezpośrednio, każda sugestia ograniczenia wpływu obywateli natychmiast brzmi jak polityczny alarm.









