Służby wywiadowcze rozpatrują scenariusze rosyjskich prowokacji przeciwko Polsce i państwom bałtyckim. Nie chodzi przede wszystkim o nowy pełnoskalowy front, lecz o ograniczone działania mające sprawdzić determinację NATO i gotowość Stanów Zjednoczonych do obrony mniejszych sojuszników. W analizach pojawiają się drony, ataki rakietowe oraz operacje z udziałem tak zwanych zielonych ludzików.
Ryzyko miałoby wzrosnąć, gdyby sytuacja Rosji na froncie ukraińskim stała się jeszcze trudniejsza. Przedstawione warianty są oceną zagrożeń, a nie informacją o podjętej decyzji Kremla.
Presja z Ukrainy może zostać przeniesiona na inne państwa
Według źródeł cytowanych przez „The Guardian” Moskwa może szukać sposobu na odwrócenie uwagi od własnych problemów wojennych. Ograniczona prowokacja na wschodniej flance pozwoliłaby sprawdzić, jak szybko i zdecydowanie odpowie cały Sojusz. Najczęściej wymieniane państwa to Polska, Estonia, Łotwa i Litwa.
W analizach ważna jest nie tylko reakcja europejskich stolic. Rosja mogłaby chcieć ocenić, czy Stany Zjednoczone rzeczywiście zaangażują się w obronę najmniejszych członków NATO, kiedy incydent będzie niejednoznaczny i nie przyjmie formy klasycznego najazdu. Taki test miałby wymiar polityczny oraz wojskowy, nawet gdyby sama operacja pozostawała ograniczona.
Łotewski wywiad dostrzega przesłanki przygotowań do działań wymierzonych w region, ale jednocześnie ocenia, że Rosja nie dysponuje obecnie możliwościami otwarcia kolejnego wielkiego frontu. To kieruje uwagę ku operacjom, które można utrzymywać poniżej progu otwartej wojny, a jednocześnie wykorzystywać do wywierania politycznej presji.
Dron lub rakieta mogą stworzyć trudny test dla Sojuszu
Wśród analizowanych wariantów są incydenty z użyciem dronów, ograniczone ataki rakietowe i inne prowokacje hybrydowe. Ich celem mogłoby być osłabienie europejskiego wsparcia dla Ukrainy albo wywołanie sporu o skalę odpowiedzi NATO. Ekspert Chatham House Keir Giles nazywa przenoszenie napięcia poza Ukrainę eskalacją horyzontalną.
Według Gilesa Moskwa nie musi biernie akceptować niekorzystnego rozwoju sytuacji na froncie. Zamiast odpowiadać wyłącznie w Ukrainie może zwiększać presję w innych miejscach, wykorzystując słabsze punkty i niepewność przeciwników. Państwa graniczące z obszarem wojny stają się w takiej kalkulacji naturalnym kierunkiem nacisku.
Zachodnie źródła wojskowe podkreślają, że ryzyko może rosnąć wraz z pogarszaniem się położenia rosyjskich sił. Im większa presja na froncie, tym silniejsza może być pokusa poszukania innego obszaru nacisku. Nadal jest to jednak możliwy mechanizm działania, nie kalendarz konkretnej operacji.
Polskie służby pamiętają o „zielonych ludzikach”
Szef Agencji Wywiadu płk Paweł Szota potwierdził, że rozpatrywany jest także wariant wykorzystania nieoznaczonych formacji podobnych do tych, po które Rosja sięgała wcześniej. Jego zdaniem Moskwa stopniowo przesuwa granice akceptowalnych działań i obserwuje reakcje państw NATO, ponosząc przy tym relatywnie niewielkie koszty.
Szota ocenia również, że wojna w Ukrainie może potrwać jeszcze kilka lat. Przypomina, że rosyjskie służby i armia już na początku inwazji błędnie zakładały szybkie zwycięstwo, co dodatkowo utrudnia przewidywanie kolejnych decyzji.
Donald Tusk mówi o wspólnych przygotowaniach
Premier odniósł się do ostrzeżeń podczas konferencji w Gdańsku poświęconej odbudowie Ukrainy. Powiedział, że państwa położone najbliżej zagrożenia podobnie oceniają sytuację i wspólnie przygotowują się na możliwe formy eskalacji.
Najbliższe tygodnie i miesiące mają wymagać szczególnej uwagi. Wspólnym elementem wypowiedzi służb, wojskowych i polityków nie jest pewność, że do prowokacji dojdzie, lecz przekonanie, że wschodnia flanka powinna być gotowa na działania trudniejsze do jednoznacznego zakwalifikowania niż regularny atak.









