Afera Dawida Kacprzyka i doniesienia o „saloniku VIP” w Szpitalu Południowym nie zniknęły po jego odejściu z Koalicji Obywatelskiej. Roman Giertych próbował przenieść spór na szerszy teren, wskazując na sprawy z czasów PiS i leczenie Jarosława Kaczyńskiego.
To miała być próba politycznej kontrnarracji, ale natychmiast wywołała krytyczne komentarze. Bo im mocniej Giertych przekonywał, że podobne patologie trzeba ścigać szerzej, tym wyraźniej wracało pytanie, czy KO potrafi jasno odpowiedzieć na zarzuty dotyczące własnego zaplecza.
Afera nie skończyła się wraz z rezygnacją Kacprzyka
wPolityce.pl opisuje, że sprawa Dawida Kacprzyka i tzw. saloniku VIP będzie ciągnąć się za Koalicją Obywatelską nawet po rezygnacji radnego z członkostwa w partii.
Tło jest politycznie bardzo niewygodne. Chodzi o lekarza, radnego i do niedawna członka KO, którego nazwisko pojawiło się w kontekście publicznych placówek zdrowia, wysokich zarobków oraz zarzutów o specjalne traktowanie wybranych pacjentów.
W takiej sytuacji każde słowo polityka obozu rządzącego działa jak test. Albo odcina sprawę jasno, albo tworzy wrażenie szukania osłony. Właśnie na tym tle pojawił się głos Romana Giertycha.
Giertych wskazał na sprawy z czasów PiS
Giertych napisał na platformie X, że brak wyjaśnienia wcześniejszych spraw dotyczących szpitali i leczenia Jarosława Kaczyńskiego miał sprzyjać powielaniu patologii. Według relacji wPolityce.pl przekonywał, że takie zjawiska trzeba bezwzględnie ścigać, bo inaczej będą się powtarzać.
To była próba przesunięcia punktu ciężkości: z pytania o KO na pytanie o standardy całego życia publicznego i działania instytucji w czasach PiS. Giertych pisał też o Funduszu Sprawiedliwości i sugerował, że sprawa szpitali związanych z leczeniem prezesa PiS nie została rozwiązana.
Taka linia obrony ma jednak oczywiste ryzyko. Dla części odbiorców brzmi jak argument o podwójnych standardach. Dla innych jak próba ucieczki od konkretnego zarzutu przez pokazanie innego przykładu.
„Jeśli to prawda, jest nie do obrony”
Giertych nie ograniczył się jednak do ataku na PiS. W jednym z wpisów zaznaczył, że jeżeli Kacprzyk stworzył prywatną linię dla jakichkolwiek polityków w miejskim szpitalu, byłoby to nie do obrony.
Według przywoływanej relacji pisał także o potrzebie surowych konsekwencji i rozwiązań ustawowych, które miałyby zakazać takiego procederu. To ważne zastrzeżenie, bo pokazuje, że nawet w ramach obrony politycznej Giertych nie mógł po prostu zbagatelizować meritum sprawy.
Jednocześnie podważał wiarygodność Krzysztofa Stanowskiego i sugerował, że doniesienia mogą być przesadą albo fejkiem. Deklarował też, że mieszkając w Warszawie i będąc w polityce od lat, nie słyszał o saloniku VIP dla polityków w szpitalach warszawskiego samorządu.
Komentarze uderzyły także w KO
wPolityce.pl przywołuje serię krytycznych reakcji na wpisy Giertycha. Mecenas Bartosz Lewandowski opisywał przekaz KO jako próbę połączenia kilku tez naraz: ataku na Kaczyńskiego, podważania Stanowskiego i przerzucania odpowiedzialności na prokuraturę.
Robert Winnicki ironizował, że pół miliona złotych to zaledwie część rocznego etatu koordynatora SOR. Paweł Figurski pisał, że w tej narracji albo afery nie ma, albo odpowiada za nią Jarosław Kaczyński. Krzysztof Stanowski przypominał Giertychowi spór o zakład dotyczący rzekomego kłamania na jego temat.
Najcelniejsze politycznie było pytanie Patryka Słowika: czy naprawdę ciekawe nie jest to, że Giertych zakłada, iż gdyby w Warszawie istniały nieetyczne preferencje dla polityków KO, to musiałby o nich wiedzieć.
Obrona może przedłużyć kryzys
Wpisy Giertycha miały zapewne przejąć inicjatywę i rozbroić temat przez porównanie go z zarzutami wobec PiS. Efekt może być odwrotny, bo każda kolejna polemika utrzymuje aferę szpitalną w centrum debaty.
Koalicja Obywatelska ma tu ograniczone pole manewru. Jeżeli będzie mówiła wyłącznie o Kacprzyku, wróci pytanie o system i kontrolę nad publicznym szpitalem. Jeżeli będzie mówiła o PiS, pojawi się zarzut odwracania uwagi.
Dlatego ten wpis nie zamknął sprawy. Raczej pokazał, że kryzys po stronie KO ma już własny drugi obieg: nie tylko fakty dotyczące szpitala, ale też nerwowe próby opowiedzenia, kto naprawdę odpowiada za patologie w publicznej ochronie zdrowia.









