Sprawa Szpitala Południowego w Warszawie przestała być tylko historią o wysokich zarobkach lekarza i organizacji pracy placówki. Po publikacjach dotyczących rzekomego szybszego przyjmowania polityków Koalicji Obywatelskiej do dyskusji weszła marszałek Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska. Jej reakcja pokazuje, że afera ma już nie tylko wymiar zdrowotny i samorządowy, ale także polityczny.
DoRzeczy.pl opisało sprawę radnego Dawida Kacprzyka, który jako lekarz w 2025 roku miał zarobić 1,6 mln zł. Jak podano, Kacprzyk stracił już pracę w Szpitalu Południowym. W tle jest także stanowisko samego szpitala oraz informacja Prokuratury Okręgowej w Warszawie o wszczęciu postępowania sprawdzającego w sprawie medyka.
Największe emocje wywołał jednak kolejny wątek: doniesienia Kanału Zero o tym, że szpitalny oddział ratunkowy miał w przyspieszonym trybie przyjmować polityków Koalicji Obywatelskiej. Według tych ustaleń działacze partii mieli trafiać do badań bez kolejki, a kompleksowa diagnostyka miała następować zaraz po rejestracji. W tym kontekście pojawiło się nazwisko Małgorzaty Kidawy-Błońskiej.
Marszałek Senatu odpowiedziała na te doniesienia w czwartek w mediach społecznościowych. Zaprzeczyła, by leczyła się w Szpitalu Południowym, i odniosła się także do sytuacji swojego męża. Jak napisała, jej mąż trafił do placówki z powodu poważnego stanu zdrowia. Zadeklarowała również, że ani ona, ani jej mąż nie byli w żadnym „saloniku VIP”.
Kidawa-Błońska użyła bardzo ostrego tonu wobec mediów i polityków prawicy. Stwierdziła, że jest to „obrzydliwy atak” na nią i jej męża. Dodała, że do poprzedniego dnia nie wiedziała o istnieniu takiego pomieszczenia. Jednocześnie nie kwestionowała potrzeby wyjaśnienia samej sytuacji w szpitalu. Według niej sprawę trzeba zbadać rzetelnie i w oparciu o prawdę, a nie o kłamstwa.
To istotny punkt, bo w całej historii mieszają się trzy osobne kwestie. Pierwsza dotyczy zarobków lekarza i tego, czy sposób jego zatrudnienia oraz rozliczeń był prawidłowy. Druga obejmuje organizację przyjęć w publicznym szpitalu i pytanie, czy ktokolwiek korzystał z uprzywilejowanej ścieżki. Trzecia dotyczy nazwisk polityków, które pojawiają się w medialnych doniesieniach, oraz granicy między uzasadnionym pytaniem publicznym a nieuprawnionym uderzeniem w osoby chore lub ich rodziny.
W sprawę włączył się także minister finansów Andrzej Domański. W Polsat News mówił, że sprawa musi zostać bardzo dokładnie i rzetelnie wyjaśniona. Wskazał, że odpowiednie kontrole zleciły miasto Warszawa, Narodowy Fundusz Zdrowia oraz premier Donald Tusk.
Domański podkreślał, że należy poczekać na wyniki tych kontroli i dopiero wtedy wyciągać wnioski. Zaznaczył również, że podchodzi do sprawy poważnie. Jeśli doszło do złamania prawa, mają zostać wyciągnięte konsekwencje. Jeśli natomiast problem leży w samych przepisach i w tym, że mogą być wykorzystywane ze szkodą dla systemu ochrony zdrowia, wówczas należy je zmienić.
Politycznie ta afera jest dla obozu rządzącego niewygodna, bo dotyka publicznego szpitala, kolejek do leczenia i nazwisk osób związanych z Koalicją Obywatelską. Z punktu widzenia pacjentów najważniejsze pozostaje jednak coś bardziej konkretnego: czy w placówce istniały procedury, które dawały wybranym osobom lepszy dostęp do świadczeń.
Odpowiedź Kidawy-Błońskiej zamyka jeden fragment sporu, ale nie kończy całej sprawy. Marszałek Senatu odrzuca sugestie dotyczące siebie i męża. Kontrole mają natomiast pokazać, co naprawdę działo się w Szpitalu Południowym i czy medialne doniesienia znajdą potwierdzenie w dokumentach.









