Rosyjski 9M730 Buriewiestnik od lat ma budzić respekt jako pocisk z napędem jądrowym i niemal nieograniczonym zasięgiem. Najnowsza analiza naukowców z MIT pokazuje jednak, że za groźną propagandą może kryć się znacznie mniej przełomowa rzeczywistość. Według badaczy to raczej demonstrator technologii niż broń, która zaraz zmieni równowagę sił.
Najbardziej niepokojące są nie tylko możliwości pocisku, ale także sposób jego działania. Otwarty reaktor może zostawiać za sobą radioaktywny ślad, a to pokazuje, jak ryzykowną konstrukcją chwali się Kreml.
Broń przedstawiana jako przełom trafiła pod lupę MIT
Rosja rozwija pocisk manewrujący 9M730 Buriewiestnik od 2001 roku. Konstrukcja zyskała rozgłos w 2018 roku, gdy Kreml przedstawił ją jako broń zdolną do pokonywania niemal nieograniczonych odległości dzięki napędowi jądrowemu. Taki opis idealnie pasował do rosyjskiej narracji o uzbrojeniu, które ma omijać zachodnie systemy obronne.
Projekt przeanalizowali Jake Hecla i Robert Scott Kemp z Massachusetts Institute of Technology. Ich analiza została oparta na publicznie dostępnych informacjach i wiedzy naukowej. Wnioski podważają najbardziej efektowną część rosyjskiego przekazu.
Według badaczy Buriewiestnik jest przede wszystkim demonstratorem technologii. Nie wygląda dziś na system uzbrojenia, który w najbliższym czasie znacząco zmieni równowagę strategiczną. To ważna różnica, bo Kreml sprzedaje go jako symbol przewagi, a analiza MIT sprowadza go na ziemię.
Rozmiary i prędkość nie robią aż takiego wrażenia
Eksperci szacują, że pocisk ma około 9,5 metra długości i rozpiętość skrzydeł wynoszącą 5,6 metra. To oznacza, że Buriewiestnik może być mniejszy, niż wcześniej zakładano. Taki rozmiar zbliża go raczej do znanych rosyjskich pocisków dalekiego zasięgu niż do zupełnie nowej klasy broni.
Według analiz pocisk porusza się z prędkością poddźwiękową około Mach 0,75, czyli mniej więcej 800 km/h. To nie jest parametryczna rewolucja, która sama w sobie czyniłaby go niemożliwym do przechwycenia. W praktyce jego wyjątkowość ma wynikać głównie z napędu i zasięgu.
Badacze porównują jego charakterystykę z pociskami manewrującymi Ch-101 i Ch-102, które już od lat są ważnym elementem rosyjskiego arsenału. Jeśli Buriewiestnik jest tylko nieznacznie większy od tych konstrukcji, pytanie o realną przewagę staje się jeszcze bardziej zasadne. Sama nazwa i atomowy marketing nie wystarczą, by uznać go za broń przełomową.
Otwarty reaktor to potężne ryzyko
Największy ciężar analizy dotyczy napędu. Według naukowców z MIT dostępne technologie jądrowe i fizyka lotu nie pozwalają pogodzić małych rozmiarów Buriewiestnika z zamkniętym, czystym i bezpiecznym napędem o takiej mocy. Ich zdaniem pocisk musi wykorzystywać otwarty reaktor połączony z klasycznym silnikiem turboodrzutowym.
W takim układzie powietrze przepływa bezpośrednio przez rdzeń reaktora, gdzie zostaje ogrzane, a następnie wyrzucone na zewnątrz, tworząc ciąg. Teoretycznie daje to bardzo duży zasięg. Praktycznie oznacza jednak ryzyko uwalniania materiałów promieniotwórczych do atmosfery.
To właśnie ten mechanizm jest najbardziej alarmujący. Pocisk może zostawiać radioaktywny ślad, a jego testy stają się nie tylko wojskowym eksperymentem, ale także potencjalnym problemem środowiskowym. Rosyjska obietnica nieograniczonego zasięgu ma więc cenę, o której propaganda mówi znacznie ciszej.
Test trwał 15 godzin, ale to nie znaczy że broń jest gotowa
Program Buriewiestnik od początku miał napotykać liczne problemy. Seria niepowodzeń podczas prób miała rozpocząć się już w 2017 roku, a kolejne doniesienia o trudnościach technicznych pojawiały się w zachodnich mediach. Mimo tego autorzy raportu uznają za prawdopodobne rosyjskie komunikaty o udanym locie testowym z października 2025 roku.
Według rosyjskiego Ministerstwa Obrony pocisk miał wtedy pozostawać w powietrzu przez 15 godzin. To brzmi imponująco i pokazuje, że projekt nie jest czystą fikcją. Nie przesądza jednak, że system nadaje się do regularnego użycia bojowego.
Badacze z MIT wskazują, że obecnie nie ma podstaw, by uznać Buriewiestnika za broń gotową do wejścia do służby operacyjnej. Pocisk nie został wykorzystany podczas wojny Rosji przeciwko Ukrainie. Fakt, że pierwszy udany test miał nastąpić dopiero jesienią 2025 roku, sugeruje, że system nadal może być na etapie rozwoju.
Kreml ma straszak, ale niekoniecznie gotową broń
Buriewiestnik pozostaje groźnym projektem, bo łączy ambicje nuklearne, propagandę i realne prace technologiczne. Nie można go lekceważyć tylko dlatego, że analiza MIT studzi rosyjskie zapowiedzi. Trzeba jednak odróżnić broń gotową do użycia od demonstratora, który ma przede wszystkim robić wrażenie.
Dla Kremla taki pocisk jest idealnym narzędziem odstraszania psychologicznego. Można mówić o atomowym napędzie, nieograniczonym zasięgu i omijaniu obrony przeciwnika. Ale jeśli za tą opowieścią stoi wolny, ryzykowny i wciąż niedopracowany system, to rosyjski cud techniki może być bardziej politycznym straszakiem niż militarną rewolucją.









