Rząd chce dopłacać artystom do ZUS. Eksperci są wściekli, a rachunek idzie w miliardy

Emerytury znanych twarzy z ekranu i sceny znów rozgrzały opinię publiczną. Rządowy plan ma pomóc tysiącom twórców, którzy przez lata zostali bez realnej ochrony ubezpieczeniowej. Stawka jest jednak ogromna, bo mowa o miliardach złotych z publicznych pieniędzy.

Najmocniej uderza pytanie, kto naprawdę zapłaci za ten system i czy państwo nie otwiera kolejnej furtki do specjalnych przywilejów. Sprawa dotyka artystów, podatników i całego systemu emerytalnego, dlatego emocje dopiero się zaczynają.

Znane nazwiska pokazują, jak bolesny stał się problem

Popularność artysty nie zawsze oznacza spokojną starość. Wiele osób rozpoznawalnych z estrady, filmu i telewizji po zakończeniu aktywności zawodowej dostaje świadczenia znacznie niższe, niż mogliby zakładać widzowie. Ten kontrast między sławą a wysokością emerytury budzi zdziwienie i gorycz.

Wśród przykładów pojawia się Maryla Rodowicz, której świadczenie po waloryzacji ma wynosić niecałe 2800 zł. W podobnym kontekście wymieniani są Henryk Gołębiewski i Krzysztof Cugowski, którzy mogą liczyć na kwoty zbliżone do ustawowego minimum. To pokazuje, że problem nie dotyczy wyłącznie anonimowych twórców z mniejszych środowisk.

Najbardziej bolesne jest to, że niskie świadczenia wynikają często z dawnych zasad zatrudnienia. Renata Pałys wskazywała, że przed 1989 rokiem artyści pracujący na umowach zlecenie nie odprowadzali składek, bo przepisy tego nie przewidywały. W praktyce całe lata pracy mogły później nie liczyć się do emerytury.

Dla wielu twórców oznacza to sytuację, w której zawodowy dorobek nie przekłada się na bezpieczeństwo. Publiczność pamięta role, koncerty i występy, ale system patrzy przede wszystkim na składki. Właśnie ten rozdźwięk stał się paliwem dla nowego projektu.

Państwo chce stworzyć specjalny status artysty

Ministerstwo Kultury pracuje nad przepisami, które mają zmienić sytuację zawodowych twórców. Według przedstawionych danych co dziesiąty artysta w Polsce nie ma dziś ani ubezpieczenia społecznego, ani zdrowotnego. To oznacza brak ochrony w chorobie, brak dostępu do części świadczeń i realne ryzyko życiowego kryzysu.

Projekt zakłada stworzenie systemu wsparcia opartego na statusie artysty zawodowego. Taki status miałby być przyznawany na podstawie dorobku twórczego przez nową instytucję działającą przy resorcie kultury. To właśnie on otwierałby drogę do dopłat do składek.

Pieniądze nie trafiałyby bezpośrednio do kieszeni twórców. Państwo miałoby uzupełniać składki ZUS do poziomu odpowiadającego minimalnemu wynagrodzeniu. Efektem ma być prawo do minimalnej emerytury, która obecnie wynosi 1978 zł 49 gr brutto.

Nie każdy twórca dostałby pomoc automatycznie. Warunkiem ma być niski dochód z trzech poprzednich lat podatkowych, nieprzekraczający 125 procent minimalnego wynagrodzenia. Obecnie oznacza to kwotę około 6 tysięcy zł i ma ograniczyć wsparcie do osób, którym faktycznie się nie przelewa.

Lista uprawnionych jest długa, a koszty robią wrażenie

Skala projektu jest znacznie większa, niż mogłoby się wydawać po samym haśle pomocy artystom. Uprawnionych ma być ponad 62 tys. osób z różnych branż twórczych. W tej grupie znaleźli się muzycy, architekci, przedstawiciele sztuk wizualnych, aktorzy, tancerze, pisarze, filmowcy i twórcy ludowi.

Najliczniejszą grupą mają być muzycy, których wskazano ponad 16 tys. Dalej pojawiają się architekci z liczbą blisko 14 tys. oraz przedstawiciele sztuk wizualnych z wynikiem ponad 13 tys. Sama lista pokazuje, że projekt nie obejmuje wyłącznie sceny estradowej czy telewizji.

Koszty reformy są jednym z najgorętszych punktów sporu. Przez pierwszą dekadę funkcjonowania ustawy budżet państwa miałby wydać około 4,5 mld zł. W skali roku oznacza to około 400 mln zł przeznaczanych wyłącznie na dopłaty do składek.

Zwolennicy projektu będą podkreślać społeczną ochronę ludzi kultury. Krytycy już teraz pytają, dlaczego akurat ta grupa ma dostać specjalne rozwiązania z publicznych pieniędzy. Im większe liczby pojawiają się w debacie, tym trudniej będzie rządowi przekonać wszystkich podatników.

Eksperci ostrzegają przed rozdawaniem przywilejów

Najostrzejsza krytyka dotyczy samej zasady działania systemu emerytalnego. Dr Marcin Wojewódka z Instytutu Emerytalnego przypomina, że wysokość świadczenia powinna wynikać z wysokości odprowadzonych składek. W jego ocenie kolejne specjalne dodatki i wyjątki rozbijają tę logikę.

Ekspert wskazuje, że podobne mechanizmy pojawiały się już wcześniej przy dodatkach dla strażaków ochotniczych straży pożarnych i sołtysów. Teraz na liście beneficjentów mają znaleźć się artyści. To rodzi pytanie, gdzie państwo postawi granicę.

Najbardziej drażliwy jest argument o rachunku wystawianym wszystkim podatnikom. Jeżeli budżet dopłaci kilka miliardów złotych do składek określonej grupy, pieniądze nie spadną z nieba. Zostaną zabrane z tej samej wspólnej kasy, która ma finansować wiele innych potrzeb.

Dlatego ta ustawa może stać się czymś więcej niż branżową reformą. To test, jak daleko politycy są gotowi przesuwać system emerytalny w stronę wyjątków i dopłat. A gdy w tle pojawiają się miliardy, emocje artystów i podatników mogą szybko zamienić się w polityczną burzę.

Udostępnij to 👇