Sasin pyta o samochody Ukraińców w Polsce. Chodzi o rejestrację i mandaty

Jacek Sasin nagłośnił sprawę samochodów używanych w Polsce przez obywateli Ukrainy i zapytał, dlaczego część z nich nie jest rejestrowana na polskich zasadach. Temat szybko wykroczył poza samą kwestię tablic rejestracyjnych. W tle jest problem mandatów, odpowiedzialności za wykroczenia i poczucia nierównego traktowania kierowców.

Polityk PiS uderzył w czuły punkt, bo na polskich drogach od dawna widać auta na ukraińskich numerach, a jednocześnie państwo ma ograniczone narzędzia egzekwowania części kar za wykroczenia zarejestrowane automatycznie. Chodzi zwłaszcza o sytuacje, w których fotoradar lub odcinkowy pomiar prędkości rejestruje pojazd spoza Unii Europejskiej, ale służby nie mogą sprawnie ustalić właściciela.

Tablice to nie tylko symbol

Pytanie Sasina brzmi politycznie ostro, ale dotyczy realnego problemu administracyjnego. Jeżeli pojazd jest zarejestrowany poza Unią Europejską, polskie instytucje nie zawsze mają dostęp do danych właściciela w takim zakresie, jaki działa przy pojazdach z państw UE. To utrudnia automatyczne kierowanie mandatów po zdjęciu z fotoradaru.

W praktyce oznacza to, że część kar jest skuteczna dopiero wtedy, gdy kierowca zostanie zatrzymany bezpośrednio przez policję albo inspekcję. Przy wykroczeniach ujawnianych zdalnie państwo często napotyka barierę, której zwykły polski kierowca nie ma. To budzi emocje, bo dla obywateli płacących podatki, OC i opłaty rejestracyjne zasady powinny być czytelne i jednakowe.

Sasin wykorzystuje ten argument, pytając, czy rząd zamierza uporządkować sytuację. W jego przekazie sprawa nie dotyczy tylko obywateli Ukrainy jako takich, lecz tego, czy długotrwały pobyt w Polsce powinien wiązać się z obowiązkami podobnymi do tych, które ponoszą polscy kierowcy.

Państwo nie może udawać, że problemu nie ma

Po rosyjskiej agresji Polska przyjęła miliony uchodźców i wprowadziła rozwiązania ułatwiające im funkcjonowanie. Dotyczyło to również transportu, dokumentów i przekraczania granicy. Tego typu wyjątki w pierwszym okresie wojny miały uzasadnienie humanitarne i organizacyjne.

Po kilku latach wojny coraz częściej wraca jednak pytanie, które przepisy powinny nadal działać w trybie nadzwyczajnym, a które wymagają powrotu do normalnych zasad. Samochody są tu dobrym przykładem, bo widoczne są na co dzień. Gdy jeden kierowca musi zarejestrować auto, płacić ubezpieczenie i odpowiadać za zdjęcie z fotoradaru, a drugi jest trudniejszy do ustalenia przez system, napięcie społeczne narasta.

Nie oznacza to automatycznie winy każdego kierowcy z Ukrainy. Wielu ludzi porusza się legalnie, posiada ważne dokumenty i ubezpieczenie. Problem polega na tym, że państwo musi mieć narzędzia do rozliczania naruszeń bez względu na obywatelstwo i kraj rejestracji pojazdu.

Rząd będzie musiał odpowiedzieć konkretnie

Najprostsza odpowiedź polityczna, że sprawa jest elementem antyukraińskich nastrojów, nie zamyka tematu. Jeżeli polskie służby nie mogą skutecznie egzekwować mandatów od części kierowców, to jest problem bezpieczeństwa drogowego i równości wobec prawa.

Rząd powinien więc wyjaśnić, ile takich pojazdów faktycznie porusza się po Polsce, jakie przepisy dotyczą obywateli Ukrainy przebywających tu długoterminowo i czy istnieją umowy pozwalające na sprawne ustalanie właścicieli aut. Bez takich danych debata będzie oparta głównie na emocjach.

Wystąpienie Sasina pokazuje, że sprawa samochodów na ukraińskich tablicach stanie się kolejnym elementem szerszej dyskusji o kosztach wojny za wschodnią granicą. Jeżeli państwo nie odpowie precyzyjnie, temat będzie wracał przy każdym głośnym wykroczeniu i każdym sporze o przywileje dla cudzoziemców.

Udostępnij to 👇