Karol Nawrocki chce referendum w sprawie polityki klimatycznej Unii Europejskiej, ale najnowsze badanie pokazuje poważny problem. Udział w głosowaniu deklaruje 47 proc. ankietowanych, czyli mniej niż potrzeba do wiążącego wyniku. Dla Pałacu Prezydenckiego to ostrzeżenie, którego nie da się przykryć ostrą kampanią.
Wniosek trafił już do Senatu, a prezydent chce, aby głosowanie odbyło się we wrześniu. Pytanie referendalne dotyczy kosztów polityki klimatycznej, energii, życia codziennego, działalności gospodarczej i rolnictwa. Sondaż United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski pokazuje jednak, że największa bitwa nie rozegra się o odpowiedź, lecz o frekwencję.
Referendum miało być politycznym uderzeniem w Zielony Ład
Inicjatywa Karola Nawrockiego od początku została zbudowana wokół sprzeciwu wobec kosztów transformacji energetycznej. Prezydent chce zapytać obywateli o politykę klimatyczną Unii Europejskiej, którą jego środowisko łączy ze wzrostem cen energii i kosztów życia. To temat, który dobrze nadaje się do mobilizacji emocji.
Wniosek dotyczący referendum ogólnokrajowego trafił już do Senatu. Nawrocki chciałby, aby głosowanie odbyło się jeszcze we wrześniu. Taki termin pozwoliłby utrzymać wysoką temperaturę sporu i zamienić referendum w duże polityczne wydarzenie.
Największe kontrowersje budzi samo pytanie. Krytycy twierdzą, że zawiera ono ocenę polityki klimatycznej i sugeruje odpowiedź. Zamiast neutralnej formuły widzą w nim komunikat kampanijny, który ma poprowadzić wyborcę do sprzeciwu wobec unijnych regulacji.
Zwolennicy referendum odpowiadają, że Polacy mają prawo wypowiedzieć się w sprawie kosztów, które odczuwają w rachunkach, gospodarstwach i firmach. Ich zdaniem Zielony Ład przestał być abstrakcyjną debatą, a stał się realnym obciążeniem. To właśnie ten argument ma napędzać prezydencką inicjatywę.
Frekwencja stała się słabym punktem planu
Referendum ogólnokrajowe jest wiążące tylko wtedy, gdy weźmie w nim udział ponad połowa uprawnionych. Ten próg nadaje sprawie zupełnie inny ciężar. Nawet bardzo wyraźny wynik jednej odpowiedzi może nie mieć wiążącej mocy, jeśli zabraknie ludzi przy urnach.
Sondaż United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski pokazał, że udział deklaruje 47 proc. badanych. W tej grupie 37,7 proc. mówi zdecydowanie tak, a 9,3 proc. raczej tak. To dużo jak na temat referendalny, ale wciąż za mało wobec wymogu frekwencyjnego.
Jeszcze poważniej wygląda druga strona badania. Łącznie 49,1 proc. respondentów deklaruje, że nie pójdzie głosować. Z tego 30,5 proc. odpowiada zdecydowanie nie, a 18,6 proc. raczej nie.
Niezdecydowanych jest tylko 3,9 proc. To oznacza, że rezerwa do przekonania nie jest szeroka. Jeżeli zwolennicy referendum nie przełamią niechęci wyborców spoza własnego obozu, głosowanie może zakończyć się politycznym widowiskiem bez wiążącego skutku.
Elektoraty rozjechały się niemal całkowicie
Badanie pokazuje bardzo wyraźny podział partyjny. Wyborcy KO, Nowej Lewicy, PSL i Polski 2050 w dużej większości nie chcą brać udziału w referendum. Aż 55 proc. z tej grupy deklaruje zdecydowaną absencję.
Kolejne 18 proc. sympatyków obozu rządzącego odpowiada, że raczej nie pójdzie do urn. Łącznie daje to 73 proc. deklarowanego bojkotu po stronie wyborców koalicji. To potężny problem dla frekwencji, bo celowy brak udziału jest w referendum równie ważny jak głos oddany przeciw.
Po drugiej stronie nastroje są odwrotne. Wśród wyborców PiS, Konfederacji, Konfederacji Korony Polskiej i Razem aż 82 proc. deklaruje udział. To pokazuje, że referendum może zmobilizować przeciwników polityki klimatycznej, ale może też zostać zamknięte w twardych elektoratach.
Najbardziej alarmujące dla Pałacu Prezydenckiego są dane o osobach niezależnych. W tej grupie 76 proc. nie planuje udziału, a tylko 11 proc. chce głosować. Bez nich trudno przekroczyć próg, który decyduje o wiążącym charakterze referendum.
Wynik może być miażdżący, ale niewiążący
Wśród osób deklarujących udział przewaga jednej odpowiedzi jest bardzo duża. Aż 74,1 proc. wskazuje odpowiedź nie na pytanie zaproponowane przez Nawrockiego. Odpowiedź tak wybiera 22,2 proc. badanych.
Ten wynik pokazuje, kto najmocniej mobilizuje się do głosowania. Są to przede wszystkim wyborcy krytyczni wobec obecnego kierunku polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Jeżeli frekwencja pozostanie niska, rezultat może wyglądać efektownie, ale nie przełoży się na formalną moc.
Ponad połowa badanych uznaje referendum za niepotrzebne. Taką opinię wyraża 52,7 proc. respondentów. Za potrzebne uważa je 40,8 proc., co pokazuje, że sama idea ma znaczące poparcie, ale nie dominuje w społeczeństwie.
To stawia Nawrockiego w trudnym położeniu. Może mieć po swojej stronie głośnych przeciwników Zielonego Ładu, ale do sukcesu potrzebuje także tych, którzy nie żyją politycznym sporem na co dzień. Bez nich wrześniowe głosowanie może stać się przede wszystkim demonstracją jednego obozu.
Senat i kampania zdecydują o dalszym biegu sprawy
Najpierw sprawą musi zająć się Senat. To tam wniosek prezydenta będzie oceniany formalnie i politycznie. Już na tym etapie koalicja rządząca może próbować ograniczyć rozmach inicjatywy albo przedstawić ją jako narzędzie partyjnej walki.
Jeżeli referendum zostanie rozpisane, kampania będzie wyjątkowo ostra. Zwolennicy będą mówić o rachunkach, energii, rolnikach i kosztach prowadzenia firm. Przeciwnicy będą podkreślać, że pytanie jest stronnicze, a referendum nie zmieni automatycznie unijnej polityki.
Badanie przeprowadzono w dniach 8-10 maja 2026 roku metodą CATI i CAWI na grupie tysiąca dorosłych respondentów. Te daty są ważne, bo pokazują stan nastrojów tuż po wejściu tematu do gorącej debaty. Kampania może jeszcze przesunąć liczby, ale punkt startu jest dla prezydenta ryzykowny.
Największy paradoks polega na tym, że Nawrocki może wygrać odpowiedź i przegrać frekwencję. W referendum to scenariusz politycznie niewygodny, bo daje emocjonalny argument, lecz odbiera formalne zwycięstwo. Dlatego prawdziwą stawką nie jest samo nie wobec Zielonego Ładu, tylko mobilizacja ponad połowy uprawnionych.









