Szpitale powiatowe rozpoczynają tygodniowy protest przeciwko polityce finansowania ochrony zdrowia. Hasło akcji brzmi: „Szpitalne łóżko poczeka, choroba nie”. Placówki ostrzegają, że obecny system rozliczeń może uderzyć bezpośrednio w pacjentów.
Na szpitalnych korytarzach mają pojawić się plakaty informujące o powodach protestu. Organizatorzy wskazują na zaległe rozliczenia, ograniczanie pieniędzy na diagnostykę i coraz trudniejszą sytuację finansową. Problem dotyczy szczególnie małych i powiatowych lecznic.
Protest ma zwrócić uwagę pacjentów
Akcja nie polega na natychmiastowym odejściu od łóżek. Jej pierwszym widocznym elementem mają być plakaty w szpitalach. Placówki chcą pokazać pacjentom, że finansowy kryzys może przełożyć się na dostęp do leczenia.
Hasło protestu jest celowo proste i mocne. Choroba nie czeka na decyzje administracyjne ani późniejsze rozliczenia. Szpital musi działać wtedy, gdy pacjent potrzebuje pomocy.
Organizatorzy wskazują, że bronią interesu chorych. Ich zdaniem obecna polityka finansowania ogranicza możliwość normalnego leczenia. Szczególnie dotkliwe są problemy z zapłatą za wykonane świadczenia.
Tydzień protestu ma być sygnałem ostrzegawczym. Szpitale chcą pokazać, że dalsze odkładanie decyzji pogłębi kryzys. Bez zmian może rosnąć zadłużenie i liczba ograniczanych usług.
NFZ ma zalegać z rozliczeniami
Jednym z głównych zarzutów są wielomilionowe zaległości Narodowego Funduszu Zdrowia. Szpitale wskazują, że część świadczeń wykonanych w 2025 r. nie została rozliczona. Dotyczy to między innymi nadwykonań w opiece długoterminowej.
Dla placówek powiatowych takie opóźnienia są szczególnie groźne. Nie mają one dużych rezerw finansowych ani szerokiego zaplecza komercyjnego. Każdy miesiąc zwłoki pogarsza płynność.
Problem narasta, gdy koszty rosną szybciej niż finansowanie. Materiały medyczne, leki i energia są coraz droższe. Szpital musi płacić rachunki niezależnie od tego, czy otrzymał pieniądze z funduszu.
W takiej sytuacji dyrektorzy zaczynają ciąć wydatki. Ograniczenia mogą dotyczyć remontów, zakupów sprzętu lub organizacji pracy. W dłuższej perspektywie uderza to w jakość leczenia.
Diagnostyka ma być rozliczana niżej
Szczególne emocje budzą nowe zasady finansowania badań. Szpitale wskazują na gastroskopię, kolonoskopię, tomografię komputerową i rezonans magnetyczny. Za część badań placówki mają otrzymywać tylko 50-60 proc. ich wartości.
Diagnostyka jest jednym z najważniejszych etapów leczenia. Bez niej lekarz nie może szybko potwierdzić choroby ani dobrać terapii. Ograniczanie środków w tym obszarze może wydłużać kolejki.
Jeżeli szpital dopłaca do badań, musi znaleźć pieniądze gdzie indziej. To może oznaczać przesuwanie kosztów, rezygnację z części świadczeń lub dalsze zadłużanie. Żadne z tych rozwiązań nie jest stabilne.
Podobne zastrzeżenia dotyczą ambulatoryjnej opieki specjalistycznej i rehabilitacji. To obszary, które decydują o szybkim powrocie pacjenta do zdrowia. Ich osłabienie może zwiększać presję na oddziały szpitalne.
Wynagrodzenia i koszty pochłaniają budżety
W wielu placówkach wynagrodzenia mają pochłaniać ponad 97 proc. przychodów. To oznacza, że na pozostałe potrzeby zostają symboliczne środki. Szpital nie może jednak funkcjonować samymi pensjami.
Potrzebne są leki, materiały, prąd, ogrzewanie, serwis sprzętu i remonty. Każdy z tych elementów drożeje. Gdy finansowanie nie nadąża, zadłużenie staje się niemal nieuniknione.
Łączna strata netto szpitali w kraju ma sięgać miliardów złotych. Większość placówek kończy rok na minusie. Część z nich zbliża się do utraty płynności.
Protest szpitali powiatowych jest więc ostrzeżeniem przed konsekwencjami systemowymi. Jeżeli finansowanie nie zostanie poprawione, problem nie zatrzyma się na bilansach księgowych. Ostatecznie odczują go pacjenci czekający na badanie, łóżko lub zabieg.









