Ukraińskie MSZ zabrało głos po fali polskiej krytyki związanej z nazwą jednej z jednostek wojskowych. Kijów zapewnia, że decyzja o upamiętnieniu „bohaterów UPA” nie była wymierzona w Polaków. Problem w tym, że w odpowiedzi padło zdanie, które w Polsce może zostać odebrane jak dolanie oliwy do ognia.
W tle są Wołyń, ekshumacje, polsko-ukraińskie relacje i rosyjska wojna, która według dyplomatów nie powinna zostać przykryta sporem o historię. Ale gdy pojawia się UPA, emocje nad Wisłą rzadko dają się zatrzymać dyplomatycznymi formułami.
Kijów widzi gwałtowną reakcję w Polsce
Rzecznik ukraińskiego MSZ Heorhij Tychyj przyznał, że Kijów dostrzega gwałtowną reakcję w Polsce na decyzję o nadaniu jednemu z ukraińskich pododdziałów nazwy upamiętniającej bohaterów UPA. Jednocześnie zapewnił, że ta decyzja nie była wymierzona w Polaków. To miało być uspokojenie nastrojów, ale sprawa od początku dotyczy symbolu wyjątkowo bolesnego dla polskiej pamięci.
Tychyj ocenił, że sytuacja jest przykra, ponieważ dzieje się wbrew szerszemu trendowi rozwiązywania trudnych kwestii w relacjach ukraińsko-polskich. Wskazał, że taki trend był widoczny przez ostatnie półtora roku. W ten sposób Kijów próbuje przenieść rozmowę z poziomu ostrej awantury na poziom procesu, w którym obie strony mają już konkretne efekty.
Najważniejsze pytanie brzmi jednak, czy takie tłumaczenie wystarczy polskiej opinii publicznej. Dla wielu osób sam zwrot „bohaterowie UPA” jest nie do pogodzenia z pamięcią o ofiarach zbrodni wołyńskiej. Dlatego nawet ton pojednawczy może nie zatrzymać politycznej burzy.
Ekshumacje i historycy nie przykryją symbolu UPA
Rzecznik ukraińskiego resortu wymienił wznowienie poszukiwań i ekshumacji ofiar zbrodni wołyńskiej oraz reaktywację Kongresu Historyków po latach przerwy. To są konkrety, które Kijów przedstawia jako dowód, że trudne tematy nie zostały zamiecione pod dywan. W normalnych warunkach mogłyby być argumentem za spokojniejszą rozmową.
Tychyj podkreślił też, że dyskusja o przeszłości powinna mieć charakter merytoryczny i opierać się na wiarygodnych ustaleniach. Dodał, że historia potwierdza, iż na sporach między Ukraińcami a Polakami korzysta wyłącznie Moskwa. To zdanie współbrzmi z wypowiedzią Radosława Sikorskiego, który również ostrzegał, że na polsko-ukraińskiej kłótni o przeszłość zyska tylko Putin.
Tyle że w tej sprawie chłodna kalkulacja zderza się z pamięcią historyczną. Dla polskich krytyków nie chodzi wyłącznie o to, czy Rosja wykorzysta spór propagandowo. Chodzi o to, czy Ukraina może honorować formacje kojarzone w Polsce z cierpieniem cywilów i jednocześnie oczekiwać, że Warszawa przejdzie nad tym do porządku.
Zdanie o zbrodniach formacji ukraińskich i polskich wywoła największy hałas
Najbardziej zapalny fragment odpowiedzi dotyczy tragicznych kart historii. Tychyj stwierdził, że nie można zapominać o zbrodniach popełnianych na ludności cywilnej, których dopuszczali się również żołnierze ukraińskich i polskich formacji podczas II wojny światowej. W polskiej debacie takie zestawienie może wywołać natychmiastowy sprzeciw.
Rzecznik ukraińskiego MSZ próbował jednocześnie zaznaczyć, że Ukraina jest gotowa rozmawiać o przeszłości. Zastrzegł jednak, że spory historyczne nie powinny osłabić wspólnego oporu wobec Rosji. To klasyczna dyplomatyczna równowaga: uznać ból historii, ale nie pozwolić, by zdominował bieżący sojusz.
Problem polega na tym, że dla wielu Polaków właśnie język użyty przy UPA jest sednem sprawy. Jeśli ukraińscy żołnierze widzą w UPA wyłącznie opór wobec imperialnej polityki Moskwy, polscy odbiorcy widzą także Wołyń i mordy na cywilach. Te dwie pamięci zderzają się tutaj bez amortyzacji.
Zełenski tłumaczył tradycją wojska, Polska zareagowała ostro
Źródłem napięcia była decyzja Wołodymyra Zełenskiego, który nadał jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy imię „bohaterów UPA”. Prezydent Ukrainy tłumaczył ją chęcią przywrócenia historycznych tradycji wojska oraz wzorową postawą żołnierzy w obronie niepodległości kraju. W Polsce ten argument nie zdjął z decyzji politycznego ciężaru.
Premier Donald Tusk nazwał decyzję niepokojącą. Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz stwierdził, że jest ona nie do przyjęcia. Radosław Sikorski ostrzegał przed korzyściami, jakie z polsko-ukraińskiego konfliktu o przeszłość może odnieść Władimir Putin.
Najostrzej zareagował Karol Nawrocki. Stwierdził, że Zełenskiemu należy odebrać Order Orła Białego nadany przez Andrzeja Dudę. Ocenił też, że Ukraina, przez mentalność gloryfikowania bandytów i morderców z UPA, nie jest gotowa do bycia częścią europejskiej rodziny.
Ta odpowiedź raczej nie zamknie sporu
Ukraińskie MSZ próbowało pokazać szerszy obraz: wspólny opór wobec Rosji, postępy w sprawach historycznych, ekshumacje i potrzebę merytorycznej rozmowy. Jednocześnie odpowiedź zawiera fragmenty, które w Polsce mogą wybrzmieć jak relatywizowanie najboleśniejszej części historii. W polityce pamięci takie niuanse potrafią wywołać większą burzę niż same intencje.
Dlatego ta sprawa nie wygląda na zakończoną. Kijów przekonuje, że decyzja nie była wymierzona w Polaków, a Warszawa słyszy nazwę UPA i widzi czerwoną linię. Dopóki obie strony nie znajdą języka, który nie rani pamięci ofiar i nie rozsadza bieżącego sojuszu, każde podobne zdanie będzie działało jak iskra.









