W Lublinie wybuchła polityczna awantura po nagraniu dotyczącym programu „Study in Lublin”. W centrum sprawy znalazła się Wiktoria Herun z lubelskiego magistratu, która mówiła o studentach przyjeżdżających już nie tylko samotnie, lecz także z rodzinami. Po tych słowach radny Tomasz Gontarz złożył interpelację i zażądał danych o skali wsparcia oraz kosztach programu.
Spór szybko wyszedł poza samą edukację. Przeciwnicy obecnej polityki miasta pytają, czy mieszkańcy wiedzieli, jak mocno zmienia się profil zagranicznych studentów, a ratusz staje przed tematem, który może rozpalić lokalną debatę na długo.
Program zaczął się od rekrutacji. Dziś dotyka mieszkań i rynku pracy
Program „Study in Lublin” ruszył w 2011 roku jako narzędzie zachęcania zagranicznych studentów do nauki w mieście. Wiktoria Herun, zastępca dyrektora Wydziału Strategii i Obsługi Inwestorów, mówiła, że przez lata zmieniły się zarówno kierunki przyjazdów, jak i zakres zadań urzędu.
Początkowo chodziło przede wszystkim o pomoc w procesie rekrutacji. Od 2016 roku, gdy wielokulturowość studentów stała się bardziej widoczna, dołączono integrację ze społecznością lokalną, w tym kursy języka polskiego i spotkania integracyjne.
Kolejny etap nastąpił od 2019 roku, gdy magistrat zaczął zajmować się także wdrażaniem cudzoziemców na rynek pracy. To właśnie ta ewolucja programu sprawia, że dyskusja nie dotyczy już wyłącznie uczelni, ale także mieszkań, rodzin i codziennego życia miasta.
Ponad 9 tysięcy obcokrajowców i studenci ze 110 krajów
Według wypowiedzi Herun lubelskie środowisko akademickie ma najwyższy wskaźnik umiędzynarodowienia w Polsce. Obecnie w mieście studiuje ponad 9 tysięcy obcokrajowców, a zaproszenie ma obejmować studentów ze 110 krajów świata.
Zmieniła się także geografia przyjazdów. W latach 2011-2016 dominować miały kraje postsowieckie, pojawiały się też Stany Zjednoczone i Tajwan, a w ostatnich latach mocniej widoczni są studenci między innymi z Zimbabwe, Nigerii, RPA, Tajlandii i Arabii Saudyjskiej.
Herun wskazywała, że każdy kraj oznacza inną specyfikę, a każdy student inną sytuację życiową i inny poziom dostosowania do polskich realiów. Z perspektywy miasta oznacza to więcej pracy organizacyjnej niż tylko informowanie o uczelniach.
Największe emocje wywołały rodziny studentów
Najostrzejsza reakcja pojawiła się po fragmencie dotyczącym osób, które nie przyjeżdżają już same. Herun mówiła, że studenci z takich kierunków jak Afryka, Indie czy Bangladesz coraz częściej przyjeżdżają z mężem, żoną i dziećmi.
To zmienia praktyczne potrzeby, bo nie chodzi już wyłącznie o miejsce w akademiku. W grę wchodzi znalezienie całego mieszkania, wynajem oraz kontakt z mieszkańcami, którym miasto ma tłumaczyć, dlaczego zaprasza studentów z tak wielu krajów.
Właśnie ten punkt stał się paliwem politycznym. Dla krytyków program przestał wyglądać jak klasyczna promocja akademicka, a zaczął przypominać decyzję wpływającą na strukturę społeczną miasta.
Radny pyta prezydenta o liczby, koszty i wsparcie rodzin
Do sprawy odniósł się radny Lublina Tomasz Gontarz. Zwrócił uwagę, że mieszkańców nie pytano w referendum, czy chcą takiej zmiany miasta, i stwierdził, że nie mówiono im o przyjazdach rodzin wraz ze studentami z Afryki czy Azji.
Samorządowiec złożył interpelację do prezydenta miasta. Zapytał w niej o liczbę zagranicznych studentów, skalę wsparcia dla nich i ich rodzin oraz koszty programu „Study in Lublin”.
Te pytania mogą okazać się dla ratusza najtrudniejsze, bo przenoszą spór z poziomu emocjonalnych wpisów do poziomu konkretnych danych. Jeśli miasto odpowie szczegółowo, mieszkańcy dostaną liczby, które pokażą realną skalę programu i jego finansowe tło.
Internet już dopisał polityczny ciężar tej historii
W sieci pojawiły się ostre komentarze działaczy prawicowych, w tym Bartosza Kołomańskiego i Rafała Meklera. Padały w nich porównania do zachodnich miast, ostrzeżenia przed zmianą tożsamości Lublina oraz sugestie, że mieszkańcy za kilka lub kilkanaście lat mogą obudzić się w zupełnie innym otoczeniu.
Takie oceny są częścią politycznego sporu, ale sedno lokalnej sprawy pozostaje bardzo konkretne. Chodzi o to, jak szeroki jest program „Study in Lublin”, ile kosztuje, komu pomaga i czy mieszkańcy dostali pełną informację o jego skutkach.
Dlatego dalszy ciąg tej historii może rozegrać się nie w nagraniu ani w mediach społecznościowych, lecz w odpowiedzi prezydenta miasta na interpelację. To tam powinny pojawić się dane, które pokażą, czy ratusz potrafi obronić program nie tylko hasłem o umiędzynarodowieniu, ale także przejrzystością wobec mieszkańców.









