Czterodniowy tydzień pracy w praktyce. Firma z pilotażu pokazała gdzie zaczynają się schody

Rządowy pilotaż czterodniowego tygodnia pracy wszedł w fazę w której kończą się hasła a zaczyna organizacja dyżurów. Przykład Wodociągów Siemianowickich Aqua-Sprint pokazuje że krótszy tydzień może działać ale tylko wtedy gdy firma wcześniej rozpisze ciągłość pracy niemal co do dnia.

To ważne także dlatego że Polska wciąż należy do krajów Unii Europejskiej z najdłuższym tygodniem pracy. Dane Eurostatu za 2025 rok pokazują średnio 38,7 godziny tygodniowo. To mniej niż w 2021 roku ale nadal wyraźnie powyżej unijnej średniej wynoszącej 35,7 godziny.

W samej Unii dłużej pracuje się przede wszystkim w Grecji. Polska razem z Bułgarią znajduje się w czołówce z wynikiem 38,7 godziny. Dla porównania w Niemczech średnia wynosi 33,8 godziny a w Czechach i na Słowacji po 37,5 godziny.

Pilotaż obejmuje 90 podmiotów

Program prowadzony przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przyciągnął około 2 tys. zgłoszeń. Do pilotażu wybrano 90 podmiotów. Wśród nich znalazły się głównie urzędy oraz firmy państwowe i samorządowe.

Zasada programu jest prosta w opisie ale trudniejsza w praktyce: krótszy tydzień pracy przy zachowaniu pensji. Koszty wynikające z takiego rozwiązania mają być w czasie pilotażu pokrywane z budżetu państwa.

Jednym z uczestników są Wodociągi Siemianowickie Aqua-Sprint. Firma ma brać udział w pilotażu od 1 stycznia 2026 roku. Jej rzecznik Seweryn Świaczny przekonuje że krótszy tydzień może poprawiać efektywność bo wypoczęci pracownicy pracują sprawniej. Jednocześnie podkreśla że nie jest to zmiana którą można po prostu ogłosić z dnia na dzień.

Najpierw technicy i awarie

W przypadku wodociągów kluczowy problem jest oczywisty: awarie nie czekają na wygodny dzień tygodnia. Dlatego przygotowania zaczęły się od rozmów z technikami czyli grupą od której zależy ciągłość działania firmy.

Model pracy już wcześniej został zmieniony po doświadczeniach z pandemii. Obsługa interesantów odbywa się trzy dni w tygodniu: w poniedziałki, środy i piątki. Pozostałe dwa dni są przeznaczane na zadania wewnętrzne.

Wolne dni nie są przydzielane wszystkim jednocześnie. Firma ustala je indywidualnie z pracownikami tak aby nie doprowadzić do sytuacji w której cała załoga chce mieć wolne w tym samym terminie. Najczęściej wybierane są poniedziałki i piątki ale nie jest to regułą.

To właśnie ten szczegół pokazuje różnicę między politycznym hasłem a realnym grafikiem. W firmach z ciągłą obsługą klienta, służbami technicznymi albo produkcją skrócenie tygodnia pracy wymaga zapasowych dyżurów, zastępstw i jasnej odpowiedzialności za pilne zdarzenia.

Po pilotażu pojawi się pytanie o koszty

Największy znak zapytania dotyczy tego co stanie się po zakończeniu pilotażu. Dopóki dopłaca państwo, rachunek jest łatwiejszy do zaakceptowania. Później koszt dodatkowego dnia wolnego będzie musiał ponieść pracodawca albo zostanie on przykryty wzrostem wydajności.

Tu zaczyna się spór. Zwolennicy krótszego tygodnia pracy wskazują że lepiej wypoczęty pracownik może wykonać więcej w krótszym czasie. Krytycy pytają jednak czy firmy prywatne nie odczytają tego inaczej: skoro te same zadania da się zrobić szybciej, może potrzebnych jest mniej etatów.

Prof. Marek Leszczyński z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach zwraca uwagę że czterodniowy tydzień pracy może być uzasadniony tam gdzie kapitał i organizacja pozwalają zwiększyć produktywność. Inaczej wygląda sytuacja małych i średnich firm które często konkurują kosztami pracy. Dla nich krótszy tydzień przy tej samej pensji może oznaczać większe koszty i słabszą konkurencyjność.

Przykład firmy z Siemianowic Śląskich nie zamyka więc dyskusji. Raczej pokazuje jej właściwy punkt startu: czterodniowy tydzień pracy nie jest tylko decyzją kadrową. To test całego systemu organizacji pracy, zwłaszcza tam gdzie firma musi działać niezależnie od tego który dzień wypada w grafiku jako wolny.

Udostępnij to 👇