Firmy będą zmuszane do kupowania elektryków? Polityk Konfederacji alarmuje przed planem Brukseli

Komisja Europejska ma pracować nad regulacją, która określi minimalny udział samochodów elektrycznych we flotach firmowych. O sprawie alarmuje Paweł Usiądek z Konfederacji, wskazując na możliwe koszty dla przedsiębiorców i klientów.

Według relacji Tysol.pl nowe wymogi miałyby dotyczyć firm posiadających floty samochodowe, nie tylko przedsiębiorstw transportowych. Usiądek przekonuje, że w praktyce rachunek za taką zmianę zostałby przerzucony na konsumentów.

Nowy obowiązek dla firm? Chodzi o floty samochodowe

Paweł Usiądek napisał na platformie X, że Bruksela szykuje regulację dotyczącą firmowych flot. Według polityka Konfederacji miałaby ona zobowiązywać przedsiębiorstwa powyżej określonego progu do utrzymywania wyznaczonego udziału samochodów elektrycznych.

W takim scenariuszu wymóg nie ograniczałby się do firm transportowych. Usiądek wskazuje, że objąłby także podmioty z branży budowlanej, handlu, usług, dystrybucji, kurierskiej czy sprzątającej, jeśli korzystają z samochodów służbowych.

Największy problem ma dotyczyć kosztów. Polityk przekonuje, że elektryczny samochód służbowy jest dziś wyraźnie droższy od spalinowego odpowiednika. W jego ocenie różnica może być tak duża, że dla wielu firm oznaczałaby presję na ceny usług i produktów.

Usiądek wskazuje na koszty i infrastrukturę

Wpis przytoczony przez Tysol.pl akcentuje również kwestię infrastruktury ładowania. Usiądek twierdzi, że poza dużymi miastami jest ona w Polsce niewystarczająca, a czas ładowania oraz zasięg pojazdów nadal nie odpowiadają potrzebom firm pracujących w terenie.

To ważny argument dla przedsiębiorstw, które nie używają aut wyłącznie do krótkich przejazdów miejskich. W przypadku serwisów, ekip budowlanych, handlowców czy firm dystrybucyjnych samochód jest narzędziem codziennej pracy. Przestoje związane z ładowaniem albo brak dostępnej ładowarki mogą bezpośrednio wpływać na harmonogram zleceń.

Usiądek przekonuje, że konsekwencją regulacji byłyby wyższe koszty transportu, dostaw i usług. W jego ocenie ostatecznie zapłaciliby za to klienci, bo przedsiębiorcy wliczaliby nowe wydatki w ceny.

Rynek aut firmowych ma znaczenie dla zwykłych kierowców

Polityk Konfederacji zwraca też uwagę na mechanizm rynku samochodowego. Według niego większość nowych aut kupowana jest przez firmy, a dopiero później trafia na rynek wtórny do konsumentów indywidualnych.

Jeśli więc floty firmowe byłyby przestawiane na auta elektryczne, po kilku latach większa część używanych samochodów dostępnych dla zwykłych kupujących mogłaby pochodzić właśnie z tego segmentu. Usiądek interpretuje to jako dodatkowy element presji na kierowców.

W jego ocenie auta elektryczne są nie tylko droższe, ale także mniej korzystne z punktu widzenia długoterminowego użytkowania. Tysol.pl przytacza jego opinię, że ubocznym skutkiem polityki Brukseli może być ograniczanie dostępności motoryzacji dla Polaków.

Tysol przypomina wcześniejsze pomysły Komisji

W materiale przypomniano również, że podobny kierunek miał pojawić się już wcześniej. W 2025 roku Komisja Europejska rozważała rozwiązanie, które wymagałoby od firm w Unii Europejskiej kupowania wyłącznie samochodów elektrycznych od 2030 roku.

Taki termin oznaczałby przyspieszenie zmian w sektorze firmowym o pięć lat względem szerszego zakazu dotyczącego silników spalinowych. Według Tysol.pl tamten pomysł spotkał się z ostrym sprzeciwem i ostrzeżeniami branży.

Obecny alarm Usiądka wpisuje się więc w szerszy spór o tempo transformacji transportu. Jedna strona przedstawia elektryfikację jako element polityki klimatycznej, druga wskazuje na koszty, braki infrastrukturalne i ryzyko obciążenia przedsiębiorców.

Kluczowe będzie brzmienie regulacji

Na tym etapie najważniejsze pytania dotyczą szczegółów. Z materiału Tysol.pl wynika, że mowa o regulacji ustalającej minimalny udział elektryków we flotach firmowych, ale dla przedsiębiorców decydujące będą progi, terminy, wyjątki i ewentualne formy wsparcia.

Inaczej wygląda obowiązek dla wielkich flot w dużych miastach, a inaczej dla firm działających w terenie, gdzie dostęp do ładowarek jest ograniczony. Znaczenie będzie miało również to, czy przepisy obejmą wszystkie branże jednakowo, czy zostaną rozróżnione według rodzaju działalności.

Na razie sprawa funkcjonuje w debacie publicznej jako ostrzeżenie przed planowaną regulacją. Już teraz pokazuje jednak, że unijna polityka klimatyczna coraz mocniej dotyka praktycznych kosztów prowadzenia biznesu, a nie tylko deklaracji dotyczących przyszłości transportu.

Udostępnij to 👇