Giertych stanął w obronie żony Kierwińskiego. Poszło o 342 tysiące złotych rocznie i Koleje Mazowieckie

Roman Giertych ostro zareagował na publikację dotyczącą żony Marcina Kierwińskiego i jej pracy w Kolejach Mazowieckich. Poseł KO zarzucił dziennikarce „Gazety Wyborczej” szczucie i hejt, przekonując, że Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska pracuje w spółce od wielu lat. W tle jest dyrektorskie stanowisko, polityka kadrowa i pensja na poziomie 342 tys. zł rocznie.

Sprawa jest niewygodna dla obozu władzy, bo dotyka tematu posad w spółkach i rodzin wpływowych polityków. Giertych broni żony ministra, ale dziennikarka odpowiada, że wyborcy mają prawo znać takie informacje i oceniać sytuację. Ten spór pokazuje, jak szybko hasło o rozliczaniu nepotyzmu może wrócić do samej Koalicji Obywatelskiej.

Publikacja o Kolejach Mazowieckich wywołała burzę

„Gazeta Wyborcza” opisała zatrudnienie Agnieszki Gierzyńskiej-Kierwińskiej, żony ministra Marcina Kierwińskiego, w spółce Koleje Mazowieckie. Z publikacji wynika, że zajmuje ona dyrektorskie stanowisko z wynagrodzeniem 342 tys. zł rocznie.

W tekście wskazano, że współpraca PSL i Koalicji Obywatelskiej dobrze działa nie tylko w PKP, ale także w Kolejach Mazowieckich. To uderza w czuły punkt, bo spółka jest kojarzona z mazowieckim układem politycznym i wpływami regionalnych liderów.

Szczególne emocje budzi zestawienie pensji z funkcją publiczną męża. Marcin Kierwiński jest ministrem i ważnym politykiem Koalicji Obywatelskiej, dlatego każda informacja o zatrudnieniu członka rodziny w publicznej spółce natychmiast nabiera politycznego znaczenia.

Giertych zarzucił dziennikarce szczucie

Fragment publikacji zacytowała w serwisie X Dominika Wielowieyska. Roman Giertych odpowiedział jej bardzo ostro, pytając, po co „szczuje”.

Poseł KO argumentował, że żona ministra pracuje w Kolejach Mazowieckich od wielu lat i odpowiada za fundusze europejskie. Według niego w czasie jej pracy dla kolei udało się uzyskać ponad miliard złotych.

Giertych przekonywał też, że osoby pracujące w tak odpowiedzialnych miejscach muszą odpowiednio zarabiać. W jego ocenie ataki na rodzinę polityka mają zniechęcać uczciwych ludzi do udziału w polityce.

Wielowieyska odpowiada: wyborcy mają prawo wiedzieć

Dominika Wielowieyska nie zgodziła się z zarzutem szczucia. Odpowiedziała, że Koleje Mazowieckie są domeną marszałka Adama Struzika z PSL, a Marcin Kierwiński jest wpływową osobą w Warszawie i na Mazowszu.

Dziennikarka podkreśliła też, że Kierwiński jako sekretarz generalny partii ma wpływ na personalia. Właśnie dlatego, jej zdaniem, opinia publiczna ma prawo wiedzieć o takiej sytuacji i samodzielnie ją ocenić.

Jednocześnie Wielowieyska zaznaczyła różnicę wobec przykładów z czasów PiS. Wskazała, że żona polityka KO pracuje i wykonuje obowiązki, co zostało odnotowane w publikacji.

Pensja wyższa niż u prezydenta Warszawy podgrzała emocje

W sprawie pojawił się również wątek porównania wynagrodzenia. „Gazeta Wyborcza” podkreśliła, że Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska zarabia w Kolejach Mazowieckich więcej niż prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski.

Takie zestawienie działa na wyobraźnię wyborców, bo pokazuje skalę zarobków w spółkach publicznych. Nawet jeśli stanowisko jest odpowiedzialne, kwota 342 tys. zł rocznie staje się natychmiast politycznym symbolem.

Dla obozu KO problem polega na tym, że wcześniej bardzo często krytykował praktyki kadrowe poprzedniej władzy. Teraz musi tłumaczyć sytuację, w której rodzina jednego z najważniejszych polityków partii pojawia się w podobnym kontekście.

Spór o hejt czy kontrolę władzy?

Giertych przedstawia sprawę jako niesprawiedliwy atak na rodzinę polityka i próbę wywołania hejtu. Wielowieyska odpowiada, że to kwestia jawności życia publicznego i prawa wyborców do informacji.

Ten konflikt jest szerszy niż jedna posada. Dotyczy granicy między ochroną prywatności rodzin polityków a kontrolą nad tym, kto i za jakie pieniądze pracuje w spółkach zależnych od publicznych struktur.

Jeżeli sprawa będzie wracać, Koalicja Obywatelska znajdzie się pod presją własnych standardów. Najtrudniejsze pytanie brzmi nie tylko, czy złamano prawo, ale czy wyborcy uznają takie zatrudnienie i takie wynagrodzenie za politycznie akceptowalne.

Udostępnij to 👇