Hantawirus uderzył w rejs marzeń. Polak pod nadzorem sanitarnym po dramacie na MV Hondius

Rejs przez Atlantyk zamienił się w historię, którą śledzą służby sanitarne i media w Europie. Na statku MV Hondius potwierdzono zakażenia wirusem Andes, a trzy osoby nie żyją. W tle pojawia się polski kapitan Jan Dobrogowski oraz pierwszy obywatel Polski objęty nadzorem sanitarnym.

To nie jest opowieść o masowej panice, lecz o bardzo konkretnym ryzyku po kontakcie z pasażerami feralnej jednostki. Najważniejsze szczegóły pokazują, dlaczego sanepid patrzy na tę sprawę z taką uwagą.

Statek utknął w centrum kryzysu, a za sterami stał Polak

MV Hondius wypłynął 1 kwietnia 2026 roku z Ushuai na południu Argentyny. Na pokładzie było 147 pasażerów i członków załogi z 23 krajów. Plan obejmował Antarktydę, Georgię Południową, Wyspę Świętej Heleny i Wyspy Zielonego Przylądka.

Jednostką dowodził Jan Dobrogowski, absolwent Akademii Morskiej w Gdyni. To doświadczony marynarz związany z żeglugą ekspedycyjną i trudnymi trasami polarnymi. W tej historii jego nazwisko stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich wątków.

Kryzys zaczął się od objawów u jednego z pasażerów, a potem przyszły informacje o zgonach. Według opisywanego bilansu zmarły trzy osoby: holenderskie małżeństwo oraz obywatelka Niemiec. Pierwsze laboratoryjne potwierdzenie obecności wirusa Andes pojawiło się 4 maja.

Przez wiele dni statek pozostawał w sytuacji, w której każdy port i każda decyzja miały znaczenie. Władze na trasie rejsu musiały brać pod uwagę zdrowie pasażerów, bezpieczeństwo mieszkańców i możliwości lokalnej infrastruktury medycznej. To dlatego sprawa szybko przestała być wyłącznie problemem armatora.

Trzy zgony, zakażenia i ewakuacja na Teneryfie

MV Hondius zawinął 3 maja do Praia, stolicy Zielonego Przylądka. Lokalne władze przekazały sprzęt medyczny i wysłały urzędników, ale pasażerowie nie zeszli wtedy na ląd. Statek ruszył dalej, a napięcie wokół jego przyjęcia rosło z każdym dniem.

Największym punktem zwrotnym stała się Teneryfa. Jednostka weszła do portu Granadilla de Abona 10 maja, gdzie rozpoczęto skomplikowaną operację sanitarną. W działaniach brały udział hiszpańskie służby medyczne, ECDC i zespoły WHO.

Pasażerowie schodzili na ląd etapami, według narodowości i dostępności dalszych połączeń. Łącznie repatriowano 122 osoby, w tym 87 gości i 35 członków załogi. Czternastu Hiszpanów z niepokojącymi objawami trafiło bezpośrednio do szpitala wojskowego w Madrycie.

Na statku pozostało 30 osób, głównie załoga techniczna i operacyjna. Dobrogowski wypłynął z nimi do Rotterdamu, gdzie MV Hondius miał przejść pełną dezynfekcję. Z opisu sprawy wynika, że kapitan zapowiedział opuszczenie jednostki jako ostatni.

Wirus Andes brzmi groźnie, ale służby mówią o innym ryzyku niż przy COVID

W bilansie na 12 maja 2026 roku mowa o sześciu laboratoryjnie potwierdzonych zakażeniach wirusem Andes i dwóch przypadkach podejrzanych. Do tego dochodziły dwa przypadki prawdopodobne oczekujące na wyniki badań. Od 2 maja nie potwierdzono żadnego kolejnego zgonu.

Wirus Andes wywołuje hantawirusowy zespół płucny, czyli ciężką niewydolność oddechową. Opisywana śmiertelność u osób z objawami ze strony układu oddechowego sięga 36-50 procent. Nie ma szczepionki ani leczenia przyczynowego, więc pomoc ma charakter objawowy.

Najważniejszy szczegół dotyczy sposobu przenoszenia. Wirus Andes jest wskazywany jako jedyny potwierdzony szczep hantawirusa zdolny do transmisji między ludźmi. Wymaga to jednak bliskiego i długotrwałego kontaktu, co wyraźnie odróżnia go od infekcji szerzących się łatwo w populacji.

Główny Inspektor Sanitarny dr Paweł Grzesiowski miał podkreślać, że zagrożenie dla społeczeństwa jest nieporównywalnie niższe niż przy chorobach o wysokiej zakaźności. Jednocześnie dla pojedynczego pacjenta ryzyko powikłań może być poważne. Ten kontrast tłumaczy, dlaczego służby nie ogłaszają alarmu dla wszystkich, ale bardzo uważnie obserwują osoby z możliwą ekspozycją.

Pierwszy Polak pod nadzorem. To nie jest kwarantanna

Polski wątek ma dwa różne oblicza. Pierwszym jest kapitan Dobrogowski, który według przytoczonych informacji przez cały czas nie wykazywał objawów choroby. MSZ i GIS miały wielokrotnie potwierdzać jego dobry stan zdrowia.

Drugim wątkiem jest anonimowy obywatel Polski objęty nadzorem sanitarnym. GIS poinformował o nim 9 maja jako o pierwszej osobie w Polsce powiązanej z ryzykiem po sprawie MV Hondius. Możliwy kontakt miał nastąpić na lotnisku podczas oczekiwania na lot jednej z pasażerek statku.

Ta osoba nie przebywa w Polsce i nie wykazuje objawów. Kluczowe jest też rozróżnienie pojęć, bo nadzór sanitarny nie oznacza izolacji ani kwarantanny. Ma trwać sześć tygodni od potencjalnej ekspozycji, czyli przez maksymalny okres inkubacji wirusa.

Informacja o tej osobie trafiła do GIS przez system International Health Regulations koordynowany przez WHO. Grzesiowski nie wykluczył kolejnych zgłoszeń Polaków po zakończeniu repatriacji pasażerów i analizie ich połączeń lotniczych. To właśnie dlatego historia MV Hondius może jeszcze wracać, choć nie oznacza to automatycznie zagrożenia dla całego kraju.

Udostępnij to 👇