Ponad 12,3 miliona złotych poszło w 2025 roku na przejazdy posłów. To kwota, która natychmiast rozpala emocje, bo rekordziści rozliczyli po kilkadziesiąt tysięcy złotych na same podróże związane z mandatem. Gdy nazwiska i liczby trafiają na stół, trudno udawać, że to tylko nudna rubryka w sejmowym sprawozdaniu.
Średnio wychodzi około 36,5 tysiąca złotych na jednego posła. Najwięcej rozliczył Łukasz Mejza, a tuż za nim znaleźli się Piotr Kandyba i Maria Koc.
Ponad 12,3 miliona złotych za przejazdy posłów
Sprawozdania z prowadzenia biur poselskich pokazują, ile politycy wpisali w rubryce dotyczącej kosztów przejazdów związanych z wykonywaniem mandatu. W 2025 roku tzw. kilometrówki kosztowały podatników ponad 12,3 miliona złotych. Przy podziale na posłów daje to średnio około 36,5 tysiąca złotych na osobę.
Takie liczby działają na wyobraźnię, bo chodzi o publiczne pieniądze i codzienną aktywność parlamentarzystów poza salą sejmową. Sam fakt podróżowania nie jest niczym nadzwyczajnym, ale skala wydatków sprawia, że wyborcy mogą pytać, gdzie kończy się praca w terenie, a zaczyna wygodny system rozliczania przejazdów.
Mejza na czele zestawienia. Za nim Kandyba i Koc
Najwyższą kwotę w zestawieniu miał Łukasz Mejza, poseł niezrzeszony, do niedawna związany z PiS. Na kilometrówki wydał 49,1 tysiąca złotych. To wynik, który mocno wyróżnia się nawet na tle sejmowej średniej i sprawia, że jego nazwisko stało się symbolem tegorocznego rozliczenia.
Drugie miejsce zajął Piotr Kandyba z Koalicji Obywatelskiej z kwotą 48,3 tysiąca złotych. Taką samą kwotę na przejazdy wykazała Maria Koc z PiS, która zamknęła podium. W praktyce oznacza to, że trójka rekordzistów rozliczyła sumy bliskie górnym granicom najbardziej widocznych poselskich wydatków podróżnych.
Posłowie tłumaczą długie trasy i pracę w okręgach
Marcin Horała z PiS, który wydał na kilometrówki ponad 22 tysiące złotych, bronił samej idei rozliczania podróży. Wskazywał, że nie widzi szczególnej szkody publicznej w tym, iż poseł jeździ w sprawach służbowych i wydaje pieniądze właśnie na ten cel. Ten argument pokazuje, że dla części polityków kilometrówki są zwykłym kosztem pracy, a nie przywilejem.
Adam Gomoła z Polski 2050 tłumaczył ponad 43 tysiące złotych odległością z Opola do Warszawy. Podkreślał, że jedna podróż w obie strony to około 700 kilometrów, a do tego dochodzą konferencje w różnych częściach kraju. Mariusz Witczak z Koalicji Obywatelskiej, który rozliczył ponad 36 tysięcy złotych, wskazywał z kolei na duży okręg wyborczy i częste dojazdy samochodem do stolicy.
Nowe zasady mają zwiększyć kontrolę
W 2026 roku zasady rozliczania kilometrówek zostały zmienione. Posłowie mają prowadzić rejestr przejazdów poza okręgiem wyborczym, z podaniem tras, dat i liczby kilometrów. Zaostrzono także zasady rozliczania długoterminowego najmu pojazdów, co ma ograniczyć pole do niejasnych wydatków.
Przejazdy w granicach okręgu wyborczego będą rozliczane ryczałtem w ramach środków na prowadzenie biura poselskiego do limitu 1500 kilometrów miesięcznie. Stawki wyniosą 0,89 zł albo 1,15 zł za kilometr, więc maksymalna miesięczna kwota może sięgnąć 1725 złotych. Kancelaria Sejmu podkreśla, że celem jest większa przejrzystość i kontrola.
Publiczne pieniądze zawsze budzą najostrzejsze pytania
Kilometrówki wracają w polskiej polityce regularnie, bo są łatwe do zrozumienia dla wyborców. Każdy wie, ile kosztuje paliwo, przejazd i utrzymanie samochodu, dlatego kwoty bliskie 50 tysiącom złotych rocznie od razu wywołują reakcję. Politycy mogą tłumaczyć się rozległymi okręgami i pracą w terenie, ale to nie kończy dyskusji o skali wydatków.
Nowe reguły będą testem dla Sejmu i dla samych posłów. Jeśli rejestry tras faktycznie zwiększą przejrzystość, emocje wokół kilometrówek mogą osłabnąć. Jeśli jednak rekordowe kwoty znów będą wyglądały jak podróżowanie bez realnej kontroli, temat wróci z jeszcze większą siłą.









