Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości bada 18 fałszywych alarmów z całego kraju. Chodzi o wezwania do mieszkań osób związanych z obecną opozycją parlamentarną, do których dochodziło od 11 maja. Śledczy sprawdzają, czy za serią może stać ta sama grupa sprawców.
Najwięcej zgłoszeń dotyczyło ładunków wybuchowych i prób samobójczych, a dwa razy zawiadamiano fikcyjnie o pożarach. W tle są komunikatory internetowe, telefony, aplikacje alarmowe i połączenia szyfrowane przez zagraniczne serwery.
CBZC analizuje 18 zgłoszeń z całego kraju
Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości prowadzi analizę 18 fałszywych alarmów, które wytypowano od 11 maja. Zgłoszenia dotyczyły mieszkań należących do osób związanych z opozycją parlamentarną. Skala i podobieństwo incydentów sprawiają, że służby sprawdzają, czy działania mogą mieć wspólnych prowodyrów.
Najczęściej fikcyjne wezwania dotyczyły ładunków wybuchowych oraz prób samobójczych. Dwa razy zawiadamiano o rzekomych pożarach. Każdy taki sygnał uruchamia procedury, angażuje służby i może doprowadzić do dramatycznej interwencji pod adresem osoby, która w rzeczywistości nie ma nic wspólnego z zagrożeniem.
Sprawcy korzystali z różnych kanałów
Do fałszywych alarmów wykorzystywano internetowe komunikatory, telefony oraz aplikacje alarmowe. To komplikuje pracę śledczych, bo sprawcy mogli próbować ukryć swoją tożsamość i utrudnić odtworzenie ścieżki zgłoszenia. Obecnie prowadzona jest analiza z użyciem narzędzi informatycznych.
Ustalane są dane, które mogą doprowadzić do identyfikacji osoby lub osób odpowiedzialnych za alarmy. W sprawie pojawia się także wątek połączeń szyfrowanych z wykorzystaniem zagranicznych serwerów. To oznacza, że śledztwo nie sprowadza się do sprawdzenia jednego numeru telefonu, ale wymaga pracy typowej dla cyberprzestępczości.
Nie ma jeszcze jednej wersji wydarzeń
Na tym etapie nie ma wiodącej wersji dotyczącej motywów i sprawców. Rozważany jest scenariusz zorganizowanej akcji destabilizacyjnej. W grze pozostaje również możliwość udziału obcych służb, ale służby nie wykluczają też głupiej zabawy albo działań naśladowców.
To ostrożne podejście jest ważne, bo fałszywe alarmy natychmiast stały się tematem politycznym. Każda z możliwych wersji oznacza inny ciężar sprawy. Zorganizowana akcja lub obce służby wskazywałyby na poważne zagrożenie państwa, a działania naśladowców pokazywałyby, jak szybko niebezpieczny schemat może rozlać się po kraju.
Jednym z alarmów było zgłoszenie dotyczące rodziny Nawrockiego
Wśród opisywanych incydentów znajduje się fałszywe zgłoszenie dotyczące m.in. pożaru w rodzinnym mieszkaniu prezydenta Karola Nawrockiego w Gdańsku. Służby wyważyły drzwi i weszły do środka. O zdarzeniu informowali rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz, premier Donald Tusk oraz szef MSWiA Marcin Kierwiński.
Jeszcze tego samego dnia odbyło się pilne spotkanie szefa MSWiA z szefem gabinetu prezydenta. W niedzielny poranek zwołano również naradę rządu na wniosek premiera. To pokazuje, że seria fałszywych alarmów została potraktowana nie tylko jako problem policyjny, ale także jako sprawa bezpieczeństwa państwa.
Fałszywy alarm może wywołać realny kryzys
Najgroźniejsze w takich zgłoszeniach jest to, że nieprawdziwa informacja może doprowadzić do prawdziwej interwencji. Służby muszą reagować, bo w chwili przyjęcia alarmu nie mogą zakładać, że zagrożenie jest fikcyjne. W efekcie sprawca siedzący za komunikatorem może zmusić państwo do użycia ludzi, sprzętu i procedur przeciwko przypadkowej rodzinie.
Dlatego ustalenie autorów zgłoszeń będzie kluczowe. Jeśli seria okaże się skoordynowana, państwo będzie musiało odpowiedzieć na pytanie, jak zabezpieczyć osoby publiczne i ich bliskich przed podobnymi prowokacjami. Jeśli za alarmami stoją naśladowcy, równie ważne będzie szybkie pokazanie konsekwencji, zanim mechanizm zacznie działać na kolejne cele.









